Archiwum kategorii ‘Szkocja’

Funty szkockie

sobota, 4 Wrzesień 2010

Udostępnij

20 funtów szkockich. Awers i rewers.

Ilość różnych banknotów w obiegu zaskoczyła mnie zaraz po przyjeździe do Szkocji. Po kilku wizytach w sklepie zdałem sobie sprawę, że przyjmę każdy dowolny, kolorowy papierek ;)
Oczywiście, po jakimś czasie „ogarnąłem” różnorodność tubylczych banknotów, ale wspomnienie pierwszych chwil jest ciągle barwne. Tak samo barwne jak ichnie banknoty :D

Szkocja w ramach Zjednoczonego Królestwa ma pewną autonomię. Jednymi ze środków jej wyrazu jest posiadanie własnego parlamentu, rządu i prawa wydawania własnej waluty.
W związku z tym na terenie Szkocji, obok funta szterlinga można się posługiwać funtem szkockim.
Jest on powiązany z funtem brytyjskim w stosunku 1:1 i nie podlega wahaniom kursowym (na dobrą sprawę jest… wekslem :) ).
Wydawać go mogą trzy banki: Royal Bank of Scotland, Bank of Scotland i Clydesdale Bank.

5 funtów szkockich. Awers i rewers.

Kolejny piątak.

I kolejna wersja piątaka...

Pięć funtów. Awers.

Kolejne pięć funtów... zieeew

I jeszcze wersja brytyjska banknotu pięciofuntowego :)

I to właśnie było powodem mojego skonfundowania w pierwszych dniach pobytu w krainie kiltów :)

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś o facecie z pierwszego szkockiego piątaka, zapraszam tutaj.
A tutaj możecie poczytać o sile tych kolorowych papierków :)

Pod teatrem azjatycko :)

niedziela, 29 Sierpień 2010

Udostępnij

Jadę do Tesco. Po drodze, mam bliskie spotkanie z fokami (nie pierwsze zresztą).
Wracając obładowany siatami, pod teatrem wpadam w azjatyckie klimaty:

Gwarnie i barwnie.

Smok. Jak żywy. Tylko gdzie ten Jerzy? :/

Rano foki, po południu smok. I za to naprawdę lubię Aberdeen :)

Clydesdale

sobota, 28 Sierpień 2010

Udostępnij

Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, nad rzeką Clyde w szkockiej krainie zwanej Clydesdale, ponad 300 lat temu jej mieszkańcy wpadli na pomysł. Doszli do wniosku, że potrzebują nowy rodzaj konia: silny, wytrzymały, ale jednocześnie uległy i spokojny.
Wzięli zatem lokalne klacze i krzyżowali je z ciężkimi ogierami flamandzkimi.
Udało im się wyhodować zwierze, które oprócz wszystkich potrzebnych im cech jest również piękne, regularnie zbudowane i bardzo, ale to bardzo eleganckie.

Ogier rasy Clydesdale. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne 'krowie' nogi.

Ogier rasy Clydesdale. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne 'krowie' nogi.

Dzisiaj na Clydesdale Horse Show mogłem podziwiać wdzięk tych wspaniałych zwierząt (w dodatku w niezwykle miłym towarzystwie).
Potężne (nawet do 180 cm w kłębie), masywne (dorosły osobnik waży około tony), wspaniale umięśnione konie zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Uroku dodają im szczotki na pęcinach, obfite grzywy oraz fantazyjnie zaplecione ogony.

Charakterystyczna szczotka na pęcinach.

Charakterystyczna szczotka na pęcinach.

Konie te używane były głownie jako konie pociągowe. Ale nawet wtedy doceniano ich piękno. Szkoci podobno mówili, że „piękno tych koni zamienia banalne rozwożenie piwa w publiczne widowisko”.

A oto nasz faworyt :)

A oto nasz faworyt :)

Zapraszam do galerii zdjęć z Clydesdale Horse Show.

Szkockie drogi

sobota, 14 Sierpień 2010

Udostępnij

Szkocka droga: Aberdeen - Edynburg

Brytyjczycy śmieją się ze Szkotów, że mają najgorsze drogi w Królestwie. Chciałbym mieć w Polsce tak kiepskie drogi :)

Crathes Castle

środa, 4 Sierpień 2010

Udostępnij

Crathes Castle w całej okazałości.

Crathes Castle w całej okazałości.

Szkockie zamki. Tajemnicze, czasem mroczne i na pewno bardzo romantyczne. Malowniczo położone, nie raz odgrywały ważną rolę w historii tego dumnego narodu.
Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o zamku Crathes i rodzinie dzięki której powstał.

Crathes jest bardzo wdzięcznym obiektem opowieści. Jest pięknym, ale dość typowym zamkiem o charakterze rezydencjalnym, który powstał dzięki rodzinie Burnett. I co ciekawe pozostawał w jej rękach, aż do czasów współczesnych.

Jego właściciele nigdy nie stali się znanym i potężnym rodem, tak jak np. klan Bruce lub Stewart, ale jego członkowie zapisali się na kartach historii biorąc udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach. Rodzina ta miała różnego rodzaju wzloty i upadki, a ich historia jest historią Szkocji w miniaturze.
Burnettowie dali światu generałów, admirałów, sędziów, profesorów, biskupa oraz… gubernatora Nowego Jorku.

Zamek Crathes widziany z ogrodów. Na pierwszym planie kilkusetletnie cisy.

Zamek Crathes widziany z ogrodów. Na pierwszym planie kilkusetletnie cisy.

Rodzina miała spore szczęście/wyczucie polityczne. Nie mieszali się w spiski, walki o władzę (a jeśli to robili, to bardzo sprytnie). Praktycznie zawsze znajdowali się po „dobrej” (czyt. bardziej zwycięskiej) stronie. Ta niezwykła polityczna intuicja sprawiła, że zamek nigdy nie ucierpiał od działań wojennych, a bezpośrednio zagrożony był dokładnie raz (ale o tym później).

Do tej pory uważano, że byli anglosaską rodziną osiadłą w Arlesey. Dzisiejsze badania sugerują, że mogli być Normanami, którzy przybyli do Szkocji za panowania Dawida I.
Osobą która przeniosła siedzibę rodu do Aberdeenshire był Alexsander de Burnard. Około 1300 r. osiedlił się on na wyspie na jeziorze Loch Crannog (dzisiejsze Loch of Leys), budując umocnienia, które służyły rodzinie przez następne 250 lat. Był lojalnym stronnikiem Roberta Bruce’a, który to po osiągnięciu godności królewskiej nagrodził go tytułem (intratnym) Królewskiego Leśniczego. Jak się wydaje, od tego momentu rodzina zaczęła zyskiwać na znaczeniu.

Róg myśliwski na ścianie zamku - symbol piastowania stanowiska Królewskiego Leśniczego.

Róg myśliwski na ścianie zamku - symbol piastowania stanowiska Królewskiego Leśniczego.

Wreszcie przyszedł rok 1551 gdy Alexander Burnet i jego żona Janet zdecydowali o budowie nowej siedziby rodowej. Na tę decyzję wpłynął niewątpliwie fakt posiadania szóstki dzieci, względy prestiżowe oraz spore możliwości finansowe.

W 1644 roku zamek znalazł się w teatrze działań wojennych (trwała wówczas angielska wojna domowa). Ówczesny właściciel – pierwszy Baron – Sir Tomas (przezornie nie zaangażował się po żadnej ze stron w trakcie Wojny Domowej) stanął w obliczu armii dowodzonej przez jego starego przyjaciela Marquessa Montrosse. Panowie bardzo szybko doszli do porozumienia, zamek został poddany, uzyskując, jeśli się nie mylę immunitet.
Chwilę po, panowie mogli wspólnie spożyć posiłek :)

Równie ciekawą postacią jest trzeci Baron, Sir Thomas… nie, w zasadzie ciekawszą postacią jest dla mnie jego żona Margaret. W ciągu 22 lat powiła 21 dzieci… nic dziwnego, że w tamtym okresie zdecydowano się dodać do zamku skrzydło mieszkalne :)

Zamek był w rękach rodziny blisko 400 lat. W 1951 r. trzynasty Baron Sir Alexander William Burnett Ramsay podarował zamek organizacji The National Trust of Scotland, która opiekuje się szkockim dziedzictwem narodowym.

Zamek był budowany (z przerwami) 40 lat. Początkowo przybrał kształt wieży mieszkalnej do której dobudowywano w późniejszym czasie skrzydła, tworząc w ten sposób charakterystyczne, tradycyjne L-kształtne założenie rezydencji szlacheckiej.
Łatwo dostrzec, że obiekt budowany był przede wszystkim ze względów reprezentacyjnych, a nie obronnych. Tak umocniony obiekt mógł służyć do obronny w czasie chłopskiej ruchawki lub jakiś zatargów z sąsiądem, niekoniecznie będąc łatwym w obronie w czasie regularnych działań wojennych.

Małe okrągłe wieżyczki nadające Crathes romantyczny charakter.

Małe okrągłe wieżyczki nadające Crathes romantyczny charakter.

W miarę upływającego czasu bryłę zamku upiększano i ulepszano. Dodano małe narożne wieżyczki, zegar z epoki wiktoriańskiej czy XIX-wieczne trzyczęściowe okno które zastąpiło wcześniejsze okno gotyckie.

Dostępu do zamku bronią wąskie, okute drzwi zabezpieczone metalową kratą. Na parterze znajdują się pomieszczenia m.in. gospodarcze: kuchnia z fantastycznym wyposażeniem z okresu międzywojennego, mała cela w której przetrzymywano poddanych oczekujących na rozprawę, izba dla zbrojnych strażników.
Komunikacja pomiędzy poszczególnymi piętrami odbywała się za pomocą dłuuugich i bardzo krętych schodów. Stanowczo odradzam zwiedzanie zamku osobom, które maja problem podnieść nogę wyżej niż na wysokość rozłożonej gazety :P

Ogrody Crathes.

Ogrody Crathes.

Na kolejnych piętrach znajdowały się pomieszczenia mieszkalne: sypialnie, bawialnie oraz reprezentacyjny salon. Wszystkie pomieszczenia są umeblowane stylowymi meblami z epoki. Niestety, nie mogę zaprezentować zdjęć, ponieważ fotografowanie wnętrz jest zabronione. Największe wrażenie zrobiły na mnie XVI-wieczne malowidła, którymi pokryte są niektóre sufity i ściany. Na marginesie: niewiele osób zwiedzających średniowieczne zamki (tym bardziej ruiny) zdaje sobie sprawę z tego, że ich wnętrza były bogato dekorowane np. za pomocą barwnych polichromii (ten błąd jest często popełniany również w odniesieniu do budynków z innych epok: wyobrażając sobie Akropol widzimy biały marmur. Marmur, który tak naprawdę pokryty był kolorową farbą. Myśląc o egipskich posągach, widzimy oczyma wyobraźni kamienne kolosy, nie wiedząc, że Egipcjanie najczęściej je malowali).

Ogród japoński.

Ogród japoński.

Na ostatnim piętrze znajduję się Długa Galeria. Wspaniałe pomieszczenie z dębowym sufitem, ciągnące się przez całą długość wieży służyło do załatwiania spraw oficjalnych. Tutaj baronowie sprawowali sądy, tutaj zapadały wyroki i decyzje wpływające bezpośrednio na życie poddanych.

Zamek Crathes jak każdy szanujący się zamek ma swoją Damę nie, nie białą. Zieloną Damę :) Jej duch był wielokrotnie obserwowany w pomieszczeniu: Kobieta w zielonej sukni przechodziła przez pomieszczenie, podchodziła do kominka, schylała się, podnosząc niemowlę. I znikała. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie pewne odkrycie. Spod płyty kominka wyciągnięto szkielet małego dziecka…
Oficjalna wersja legendy mówi o nieszczęśliwym romansie młodej kobiety, protegowanej właścicielki, która związała się z jednym ze służących.

Ogrody Crathes.

Ogrody Crathes.

Pod zamkiem znajdują się ogrody. Przyznam, że nie zrobiły na mnie większego wrażenia (gdy je zwiedziłem były nieco zarośnięte i zaniedbane). Zdecydowanie lepiej wspominam park wokół Crathes liczący sobie 595 akrów. Niesamowity kompleks parkowo-leśny z dobrze oznaczonymi ścieżkami spacerowymi.

Czy warto odwiedzić Crathes? Szczerze polecam. Zamek pomimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się niepozorny, ma swój klimat. Wzmacniany organizacją zwiedzania, dającą sporo wolności w poznawaniu jego zakamarków.
Jeśli lubicie przyrodę, proponuję poświęcić jedno, pełne popołudnie na zobaczenie tego kompleksu: zwiedzenie zamku i pospacerowanie wszystkimi ścieżkami parku :)

Jeśli podobał Ci się powyższy post, koniecznie zapoznaj się z:
*Szkocka perełka architektury w Małopolsce,
*Dunnottar Castle.

Entropce dziękuje za udostępnienie wybranych zdjęć.

Aberdyńskie „białe”wieczory

sobota, 17 Lipiec 2010

Udostępnij

W Szkocji wszystko jest troszkę inne: ludzie, zwyczaje, jedzenie, światło. Tak, dobrze przeczytaliście, światło też :)

Aberdeen leży dalej na północ niż na przykład Moskwa. Inna szerokość geograficzna powoduje, że promienie słońca padają tutaj pod innym kątem niż w Polsce. Powodowało to (szczególnie w pierwszych dniach po przyjeździe) że np. światło w godzinach popołudniowych mój organizm interpretował jako pochmurny ranek.

Zaletą mieszkania na tej szerokości geograficznej jest możliwość czytania książek przy dziennym świetle po godzinie 22:00.
Nie wierzycie? Spójrzcie na zdjęcie :)

Park w centrum miasta. Godzina ok. 22:30.

Nuta szkocka

czwartek, 15 Lipiec 2010

Udostępnij

Jakiś czas temu popełniłem krótką notkę o szkockiej muzyce dudziarskiej.
Merytorycznie napomniany przez Daerisa obiecałem, że napiszę dłuższego posta o szkockich dudach. O obietnicy… cały czas pamiętam :)

Dziś jednak wpadł mi w ręce, kawałek Scotland The Brave The Meeting Of The Waters – nagrany w niezłej jakości.

Serdecznie zapraszam do wysłuchania. Smacznego :)

A na deser taki klimatyczny filmik (z szkockimi górami i zamkami):

Srebrne kochanie

czwartek, 8 Lipiec 2010

Udostępnij

Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?

Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.

The Silver Darling - restauracja w porcie.

The Silver Darling - restauracja w porcie.

W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie ;) ) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda? :) )

Fabryka śledzi od frontu.

Fabryka śledzi od frontu.

W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.

Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…

Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.

Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.

Dziś będę Pytią i powiem Wam co będzie wynikiem głosowania

niedziela, 4 Lipiec 2010

Udostępnij

Będę nawet lepszy od Pytii, bo swoją przepowiednię wygłoszę bez uprzedniego żucia liści laurowych ;)

Mniej lub bardziej bezpośrednio zwycięski kandydat powie nam:

„A teraz drogie dzieci, pocałujcie misia w…”

iPhone 4G czyli jak biedne TESCO wygrało z błyszczącym sklepem Apple

poniedziałek, 28 Czerwiec 2010

Udostępnij

Zepsuł mi się laptop*). Serwisowi niespieszno – na mojego lapka popatrzą za tydzień.
Ponieważ bez dostępu do Internetu, nie mógłbym katować Was wykwitami mojego intelektu ;) natychmiast zacząłem intensywnie myśleć jak rozwiązać ten problem.

Postanowiłem nabyć jakieś małe, bardzo mobilne urządzenie które da mi tani (najlepiej darmowy) wgląd w cyfrowy świat. Tym samym wpadłem w szeroko otwarte ramiona Panów Stevenów (Jobs&Wozniak).
Niedawno mogliśmy zobaczyć jak jeden z nich buduje wizerunek swojej firmy. Dziś opowiem Wam, jak robią to szeregowi pracownicy Appla (skoro wszyscy opisują stronę sprzętową, ja postaram opisać mechanizmy wciskania… eghm to jest sprzedaży).

Pokrzepiony wiadomością, ze Apple sprzedaje iPhony z darmowym, nielimitowanym dostępem do Internetu w poniedziałek udałem się do jabłuszkowego sklepu firmowego. Rozmowa z miłym sprzedawca wyglądała mniej więcej tak:
- Czy macie jakieś mobilne urządzenia, które pozwolą mi uzyskać dostęp do Internetu. Rejestruję bezrozumny wyraz oczu, słyszę odpowiedź:
- Nie.
- Aaaale słyszałem, ze iPhony sprzedajecie i one mogą w Internecie działać.
- iPhony! no tak, one mogą w Internecie działać… (chwila rozmowy o dostępnych modelach z nielimitowanym dostępem do Sieci)… lecz aktualnie nie mamy tych o które pytasz (najtańszych, najtańszy iPhone 3G będzie tak samo dobrze śmigał w necie co ten droższy). Wiesz, w czwartek mamy promocje nowego iPhona 4G, przyjdź we czwartek, powinny być lepsze ceny i może będą modele o które pytałeś.

No dobra, myślę, do czwartku jakoś wytrzymam. W dniu Zero, przezornie, do jabłkowego raju wybrałem się późnym popołudniem (co by mnie hordy wyznawców nie zadeptały).
Jest dostawa. Ruch, gwar, wszystko się błyska i bardzo ładnie wygląda. iPhon 4G – fajny, ładny, z fajerwerkami, ogólnie gra i buczy – tyle, że prawie raz droższy od modelu który chciałem.
Złapałem tego samego sprzedawce z którym rozmawiałem w poniedziałek.
- Słuchaj – mówię – przyszły może jakieś trójki?
Sprzedawca mówi – Nie, w ogóle wszystkie trójki zostały wycofane. Mamy modele generacji 4G, które warto kupić, bo…. graja i buczą. Kup Pan czwórkę! :]
Fajnie, lubię jak gra i buczy, ale 500£ to dla mnie ciut za dużo ;) Wychodzę. Po chwili zastanowienia (może warto zainwestować w drogie urządzenie, jeśli będę miał jakąś ekstra opcję na Internet), wracam do sklepu sprawdzić dokładniej ofertę.
Przezornie zaczepiam innego sprzedawcę, pytając go o… w zasadzie nie zdążyłem zapytać :) 4G to, 4G tamto. Stop! Czy iP4G da mi szybki, darmowy, nielimitowany dostęp do Internetu?
- Pewnie, spójrzmy na ofertę!
Patrzymy, co widzę: muszę kupić drogie urządzenie, a później wykupić oddzielny, płatny kontrakt z którymś z providerów (Tak, tak wiem ta strategia nazywa się spijaniem śmietanki z rynku :) ). Informuję miła Panią, że z nieznanych mi przyczyn, firmy providerskie uparły się nie podpisywać kontraktów z osobami które w Szkocji mieszkają niedługo (moje „trochę ponad rok” kwalifikuje się jako niedługo).
Pani natychmiast proponuje mi, żebym kupił sobie sam telefon (Kup Pan 4G!), a dostawcy internetu poszukał na własna rękę.
- No tak, tyle, że w najgorszym wypadku (czyli tym wspomnianym wyżej) zostanę z moim nowym, drogim urządzeniem w kieszeni, ale bez dostępu do Internetu (czyli jak dla mnie – mogę wyrzucić go do kosza).
Pani uprzejmie odpowiada… – Tak, dostrzegam takie ryzyko (aha, ekstra, nie ma jak to fachowa porada, uwzględniająca dobro klienta :]).

Po kilku minutach indagowania udaje mi się ustalić, że… nie rozmawiamy o nielimitowanym Internecie. Oferta pozwala na ściągniecie 1 GB w miesiącu (a ja potrzebuję minimum 3 GB – więc….).

Drążę dalej, okazuje się, nasz jabłuszkowy raj posiada jeszcze…. iPhony 3G (tak, tak – te wycofane). Ale Pani jest przekonana, zarzeka się wręcz, że Apple nigdy nie miało w ofercie nielimitowanego dostępu do Sieci. Kiedy kolejny raz, przywołuje poniedziałkową rozmowę z sprzedawcą, czerwieni się i umyka upewnić się… Wraca po kilku minutach, przyznając, ze owszem coś takiego było, ale już nie ma i nie będzie. Kup Pan czwórkę!
Nic to, jestem zbyt wybrednym klientem, jak widać :)

Następnego dnia robiłem zakupy w TESCO. Z głupoty wstąpiłem do działu technicznego. Patrzę, iPhony leżą :) Pytam sprzedawcę. Mówi mi, że ma trójki i czwórki i jeszcze, że jego iPhony grają i buczą. Po tej krótkiej, treściwej informacji marketingowej, sam od siebie zwraca moją uwagę na minusy ofert które mi przedstawił (dowiaduję się np. że choć rozmiar downloadu jest nielimitowany, jedyne restrykcje polegają na ograniczeniu wielkości ściąganych plików do 10 MB i zablokowania możliwości używania iPhona jako modemu).
Krótko, treściwie, uczciwie. Wyszedłem jako posiadacz iPhona 3G (Fanfary, brawa, fanfary).

Mówią, że Apple to jedyna firma, która nie ma klientów. Ona ma wyznawców. Wierze w to (widziałem ich w sklepie w dniu promocji ;) ). Jednocześnie uważam, że ordynarne wciskanie**) klientowi produktu bez oglądania się na jego potrzeby jest zwykłą arogancją, która wcześniej czy później musi się źle skończyć (ostatecznie nawet wyznawcy nie idiotami).

W ten oto sposób „biedne” TESCO wygrało konkurencję z „pięknym”, „błyszczącym” sklepem Appla.

*) Wiedzcie, że dla faceta takiego jak ja (który może korzystać ze sławojki, a wodę czerpać ze strumienia, ale musi mieć Internet) jest to straszna tragedia ;)
**) Nie winię za to tylko pracowników – wiem, że zostali tak wyszkoleni, czy może raczej wytrenowani. Mają reagować niezawodnie jak psy Pawłowa, zawsze i wszędzie sprowadzając rozmowę do Kup Pan czwórkę!