Archiwum kategorii ‘Aberdeen’

Clydesdale

sobota, 28 Sierpień 2010

Udostępnij

Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, nad rzeką Clyde w szkockiej krainie zwanej Clydesdale, ponad 300 lat temu jej mieszkańcy wpadli na pomysł. Doszli do wniosku, że potrzebują nowy rodzaj konia: silny, wytrzymały, ale jednocześnie uległy i spokojny.
Wzięli zatem lokalne klacze i krzyżowali je z ciężkimi ogierami flamandzkimi.
Udało im się wyhodować zwierze, które oprócz wszystkich potrzebnych im cech jest również piękne, regularnie zbudowane i bardzo, ale to bardzo eleganckie.

Ogier rasy Clydesdale. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne 'krowie' nogi.

Ogier rasy Clydesdale. Zwróćcie uwagę na charakterystyczne 'krowie' nogi.

Dzisiaj na Clydesdale Horse Show mogłem podziwiać wdzięk tych wspaniałych zwierząt (w dodatku w niezwykle miłym towarzystwie).
Potężne (nawet do 180 cm w kłębie), masywne (dorosły osobnik waży około tony), wspaniale umięśnione konie zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Uroku dodają im szczotki na pęcinach, obfite grzywy oraz fantazyjnie zaplecione ogony.

Charakterystyczna szczotka na pęcinach.

Charakterystyczna szczotka na pęcinach.

Konie te używane były głownie jako konie pociągowe. Ale nawet wtedy doceniano ich piękno. Szkoci podobno mówili, że „piękno tych koni zamienia banalne rozwożenie piwa w publiczne widowisko”.

A oto nasz faworyt :)

A oto nasz faworyt :)

Zapraszam do galerii zdjęć z Clydesdale Horse Show.

Srebrne kochanie

czwartek, 8 Lipiec 2010

Udostępnij

Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?

Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.

The Silver Darling - restauracja w porcie.

The Silver Darling - restauracja w porcie.

W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie ;) ) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda? :) )

Fabryka śledzi od frontu.

Fabryka śledzi od frontu.

W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.

Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…

Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.

Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.

iPhone 4G czyli jak biedne TESCO wygrało z błyszczącym sklepem Apple

poniedziałek, 28 Czerwiec 2010

Udostępnij

Zepsuł mi się laptop*). Serwisowi niespieszno – na mojego lapka popatrzą za tydzień.
Ponieważ bez dostępu do Internetu, nie mógłbym katować Was wykwitami mojego intelektu ;) natychmiast zacząłem intensywnie myśleć jak rozwiązać ten problem.

Postanowiłem nabyć jakieś małe, bardzo mobilne urządzenie które da mi tani (najlepiej darmowy) wgląd w cyfrowy świat. Tym samym wpadłem w szeroko otwarte ramiona Panów Stevenów (Jobs&Wozniak).
Niedawno mogliśmy zobaczyć jak jeden z nich buduje wizerunek swojej firmy. Dziś opowiem Wam, jak robią to szeregowi pracownicy Appla (skoro wszyscy opisują stronę sprzętową, ja postaram opisać mechanizmy wciskania… eghm to jest sprzedaży).

Pokrzepiony wiadomością, ze Apple sprzedaje iPhony z darmowym, nielimitowanym dostępem do Internetu w poniedziałek udałem się do jabłuszkowego sklepu firmowego. Rozmowa z miłym sprzedawca wyglądała mniej więcej tak:
- Czy macie jakieś mobilne urządzenia, które pozwolą mi uzyskać dostęp do Internetu. Rejestruję bezrozumny wyraz oczu, słyszę odpowiedź:
- Nie.
- Aaaale słyszałem, ze iPhony sprzedajecie i one mogą w Internecie działać.
- iPhony! no tak, one mogą w Internecie działać… (chwila rozmowy o dostępnych modelach z nielimitowanym dostępem do Sieci)… lecz aktualnie nie mamy tych o które pytasz (najtańszych, najtańszy iPhone 3G będzie tak samo dobrze śmigał w necie co ten droższy). Wiesz, w czwartek mamy promocje nowego iPhona 4G, przyjdź we czwartek, powinny być lepsze ceny i może będą modele o które pytałeś.

No dobra, myślę, do czwartku jakoś wytrzymam. W dniu Zero, przezornie, do jabłkowego raju wybrałem się późnym popołudniem (co by mnie hordy wyznawców nie zadeptały).
Jest dostawa. Ruch, gwar, wszystko się błyska i bardzo ładnie wygląda. iPhon 4G – fajny, ładny, z fajerwerkami, ogólnie gra i buczy – tyle, że prawie raz droższy od modelu który chciałem.
Złapałem tego samego sprzedawce z którym rozmawiałem w poniedziałek.
- Słuchaj – mówię – przyszły może jakieś trójki?
Sprzedawca mówi – Nie, w ogóle wszystkie trójki zostały wycofane. Mamy modele generacji 4G, które warto kupić, bo…. graja i buczą. Kup Pan czwórkę! :]
Fajnie, lubię jak gra i buczy, ale 500£ to dla mnie ciut za dużo ;) Wychodzę. Po chwili zastanowienia (może warto zainwestować w drogie urządzenie, jeśli będę miał jakąś ekstra opcję na Internet), wracam do sklepu sprawdzić dokładniej ofertę.
Przezornie zaczepiam innego sprzedawcę, pytając go o… w zasadzie nie zdążyłem zapytać :) 4G to, 4G tamto. Stop! Czy iP4G da mi szybki, darmowy, nielimitowany dostęp do Internetu?
- Pewnie, spójrzmy na ofertę!
Patrzymy, co widzę: muszę kupić drogie urządzenie, a później wykupić oddzielny, płatny kontrakt z którymś z providerów (Tak, tak wiem ta strategia nazywa się spijaniem śmietanki z rynku :) ). Informuję miła Panią, że z nieznanych mi przyczyn, firmy providerskie uparły się nie podpisywać kontraktów z osobami które w Szkocji mieszkają niedługo (moje „trochę ponad rok” kwalifikuje się jako niedługo).
Pani natychmiast proponuje mi, żebym kupił sobie sam telefon (Kup Pan 4G!), a dostawcy internetu poszukał na własna rękę.
- No tak, tyle, że w najgorszym wypadku (czyli tym wspomnianym wyżej) zostanę z moim nowym, drogim urządzeniem w kieszeni, ale bez dostępu do Internetu (czyli jak dla mnie – mogę wyrzucić go do kosza).
Pani uprzejmie odpowiada… – Tak, dostrzegam takie ryzyko (aha, ekstra, nie ma jak to fachowa porada, uwzględniająca dobro klienta :]).

Po kilku minutach indagowania udaje mi się ustalić, że… nie rozmawiamy o nielimitowanym Internecie. Oferta pozwala na ściągniecie 1 GB w miesiącu (a ja potrzebuję minimum 3 GB – więc….).

Drążę dalej, okazuje się, nasz jabłuszkowy raj posiada jeszcze…. iPhony 3G (tak, tak – te wycofane). Ale Pani jest przekonana, zarzeka się wręcz, że Apple nigdy nie miało w ofercie nielimitowanego dostępu do Sieci. Kiedy kolejny raz, przywołuje poniedziałkową rozmowę z sprzedawcą, czerwieni się i umyka upewnić się… Wraca po kilku minutach, przyznając, ze owszem coś takiego było, ale już nie ma i nie będzie. Kup Pan czwórkę!
Nic to, jestem zbyt wybrednym klientem, jak widać :)

Następnego dnia robiłem zakupy w TESCO. Z głupoty wstąpiłem do działu technicznego. Patrzę, iPhony leżą :) Pytam sprzedawcę. Mówi mi, że ma trójki i czwórki i jeszcze, że jego iPhony grają i buczą. Po tej krótkiej, treściwej informacji marketingowej, sam od siebie zwraca moją uwagę na minusy ofert które mi przedstawił (dowiaduję się np. że choć rozmiar downloadu jest nielimitowany, jedyne restrykcje polegają na ograniczeniu wielkości ściąganych plików do 10 MB i zablokowania możliwości używania iPhona jako modemu).
Krótko, treściwie, uczciwie. Wyszedłem jako posiadacz iPhona 3G (Fanfary, brawa, fanfary).

Mówią, że Apple to jedyna firma, która nie ma klientów. Ona ma wyznawców. Wierze w to (widziałem ich w sklepie w dniu promocji ;) ). Jednocześnie uważam, że ordynarne wciskanie**) klientowi produktu bez oglądania się na jego potrzeby jest zwykłą arogancją, która wcześniej czy później musi się źle skończyć (ostatecznie nawet wyznawcy nie idiotami).

W ten oto sposób „biedne” TESCO wygrało konkurencję z „pięknym”, „błyszczącym” sklepem Appla.

*) Wiedzcie, że dla faceta takiego jak ja (który może korzystać ze sławojki, a wodę czerpać ze strumienia, ale musi mieć Internet) jest to straszna tragedia ;)
**) Nie winię za to tylko pracowników – wiem, że zostali tak wyszkoleni, czy może raczej wytrenowani. Mają reagować niezawodnie jak psy Pawłowa, zawsze i wszędzie sprowadzając rozmowę do Kup Pan czwórkę!

Pisać fraszki, każdy może Janek lepiej, Witek gorzej :)

czwartek, 27 Maj 2010

Udostępnij

Ocean wielki –
I małe muszelki…

Jan Sztaudynger

Morze Północne i male kamyczki -
Witold na plaży o … myśli

Ja.

Zagadka plażowa.

piątek, 14 Maj 2010

Pamiętacie małą zagadkę prosto z plaży? Spacerowałem ostatnio po targu i zobaczyłem… podobną rybę – ale całą. Sprzedawca nazwał ją Black Bream. Wujek Gógiel twierdzi, że po polsku rybie będzie Kantar.
Zagadka rozwiązana?

Animal Planet, oddział w Aberdeen

poniedziałek, 10 Maj 2010

Udostępnij

Pamiętacie jak pisałem, że Aberdeen swoje zalety odsłania dopiero przy bliższym poznaniu?

Jak często zdarza Wam się natknąć w Waszym mieście na delfina? Albo na fokę? :)

Foki na wyspie na rzece Don. Jakieś 100 metrów dalej znajduje się jedna z głównych dróg w mieście.

Z daleka przypominają ślimaki-pomrowy, z bliska wyglądają trochę bardziej fokowato :)

Zdjęcia zrobiła moja Entropka. Ot, wyszła na spacer i potknęła się o foki ;)

Moda w Aberdeen

wtorek, 27 Kwiecień 2010

Udostępnij

Młoda dziewczyna idzie Union Street – główną ulicą Aberdeen. Różowe włosy, jasne, niemalże białe brwi. Gałobitnie czerwona podkoszulka, kuse, czarne getry. I trampki. Fioletowe ze złotym znaczkiem „Nike”.

Jaka jest moda w Aberdeen? Nie wiem. Ale wyraźnie dostrzegam jeden trend: musi być jaskrawo, błyszcząco, w miarę możliwości paćkato i jarmarcznie. No i obowiązkowo w czarnych, obcisłych getrach :)

Na plaży…

sobota, 27 Marzec 2010

Udostępnij

…zawsze można znaleźć coś ciekawego. Szczególnie po sztormie. Kto wie jak się to nazywa? :)

Zobacz też inne „znaleziska”.

Footdee

wtorek, 16 Marzec 2010

Udostępnij

Aberdeen może się wydawać surowym, niespecjalnie interesującym miastem. Swoje zalety odsłania dopiero przy bliższym poznaniu.

Footdee.

Jednym z najciekawszych miejsc, które odkryłem na początku swojej przygody ze Szkocją jest stara rybacka osada Footdee (zdrobniale nazywana Fittie).
Dziś znajduje się w granicach miasta Aberdeen: na końcu nadmorskiej promenady, wciśnięta pomiędzy ruchliwy port a morze, leży mała, jedyna osada, zamieszkała przez nieugiętych Galów, która wciąż stawia opór.. wróć! to nie ta bajka… bzzz.. bzzz… portowa wioska.
Zbudowano ją (a jakżeby inaczej) z granitu. Wokół trzech niewielkich placyków stoją urocze domki. Wszystkie przykryte kamiennymi dachami (specjalny rodzaj dachówki wykonany z łupka). Footdee jest tak niewielkie, że można je obejść w 5 minut :)

Małe domki, małe okienka, kamienne daszki... tylko hobbitów brakuje :)

Wchodząc do osady za plecami zostawia się XXI wiek. Za nami są statki, kontenery, tiry, autobusy, skrzeczące mewy, cały ten miejski ruch i gwar. Przed nami plac z XIX-wiecznym, kamiennym kościołem na środku. Cisza i spokój. Oraz przesympatyczni mieszkańcy, którzy nie gniewają się nawet na turystów, zaglądających im do okien. Inna sprawa, że nie sposób obejrzeć Footdee nie zaglądając komuś przypadkiem do kuchni :) Po prostu okna, co charakterystyczne, nie zasłaniane firankami, znajdują się idealnie na wysokości oczu.

Galeria Sztuki Bardzo Współczesnej.

Galeria Sztuki Bardzo Współczesnej.

Na przeciwko domków, są ogródki. Można w nich znaleźć… stare szopy, inne rozpadające się budy (niektóre przyznam, bardzo malowniczo), sznurki na pranie oraz prawdziwe kolekcje najbardziej tandetnych gadżetów ogrodowych jakie możecie sobie wyobrazić :)
Na prawo śliczne, zadbane domki, ławeczki (zaaranżowane np. z jakiegoś kamiennego elementu architektonicznego), zgrabne brukowane uliczki, na lewo maciupki ogródek z odrapaną, zagraconą budą oraz paskudnym, plastikowym krasnalem (tudzież z innym wątpliwym estetycznie tuzinem łabędzi, fontann i innych elementów małej architektury).
Przyznaję, wygląda to niesamowicie klimatycznie :) To chyba taka lokalna konkurencja (kto wstawi i wyeksponuje więcej paskudnych rupieci). Hmm… może nie aż taka lokalna, w Polsce, do niedawna wygrywał ten, kto wywiesił najwięcej, możliwie największych, maksymalnie gałobitnych anten satelitarnych. Z dwojga złego wolę kontemplować pułk krasnali ogrodowych :D

Ławeczka. Tylko jak na niej wyciąć 'kocham Ewkę'?

Ławeczka. Tylko jak na niej wyciąć 'kocham Ewkę'?

Całe Footdee to trzy urokliwe placyki: North Square, South Square i Pilot Square. Nazwy, co prawda niezbyt romantyczne, ale przyznacie, że bardzo praktyczne. Dwóch pierwszych tłumaczyć nie trzeba. Na trzecim placyku domki są większe, częściej piętrowe. To tutaj mieszkali piloci – ludzie wprowadzający statki do portu. Jako przedstawiciele bardzo poważanego zawodu zajmowali najlepsze kwatery.

Sąsiad ma legion krasnali. A my nie :( Ale mamy sarenkę! I nie zawahamy się jej użyć!

Sąsiad ma legion krasnali. A my nie :( Ale mamy sarenkę! I nie zawahamy się jej użyć!

Gospodarka Fittie opierała się na rybołówstwie (jak sama nazwa wskazuje: Dee – nazwa rzeki, food – jedzenie) oraz na usługach związanych z funkcjonowaniem portu. W przeszłości stanowiła bardzo mocną konkurencję dla Torry wioski położonej dokładnie, na przeciwko – po drugiej stronie rzeki (ale o tym pisałem już wcześniej).

Zapraszam do galerii Footdee.

Aktywny wypoczynek.

sobota, 13 Marzec 2010

Udostępnij

Warszawa, końcówka lat 90-tych. Każdego ranka obserwowałem rytuał wyprowadzanie psa:
Ulicą jedzie powolutku czarny mercedes. Dojeżdża do skrzyżowania i skręca w ulicę Poczty Gdańskiej. Auto zatrzymuję się na chwilę, otwierają się drzwi. Wyskakuje duży pies. Mercedes powolutku jedzie dalej. Pies biegnie po chodniku, obsikuje parkany, obwąchuje krzaki. Dobiega do końca ulicy, zatrzymuje się i czeka aż podjedzie do niego właściciel. Czeka cierpliwie, aż otworzą się drzwi – wskakuje wtedy do środka i po chwili pojazd znika za rogiem.

Aberdeen, obecnie. Regularnie obserwuję ludzi preferujących specyficzny rodzaj odpoczynku na plaży.
Piękna pogoda, niebieskie niebo, mocne słońce. Odrobinkę wietrznie. Na Esplanade, nadmorskiej promenadzie stoi rząd aut. W większości z nich siedzą ludzie. Podziwiają piękne niebo. Patrzą na szaro-niebieskie morze. Niektórzy nawet otworzyli okna! Palą papierosy, wdychając głęboko morskie powietrze. O! Jedna z kobiet postanowiła zarejestrować ten piękny dzień na kamerze. Filmuje, wystawiając rękę przez otwarte okno. Po chwili jednak rezygnuje – zamyka okno i dalej kręci już zza szyby.
Łysy Szkot w sile wieku kończy spacer. Zdecydowanym ruchem gasi papierosa, zamyka okno i odjeżdża.

Tak jak w Warszawie, byli ludzie, którzy wyprowadzali swoje psy na spacer w sposób bardziej tradycyjny, tak i w Aberdeen wielu Szkotów spędza swój wolny czas na plaży, zdecydowanie bardziej aktywnie.
Jednakże, te dwa obrazki, mają wiele wspólnego. W mojej pamięci są bezpośrednio powiązane. Przypominając sobie jeden – widzę drugi. Co to jest? Znak naszych czasów? Nowa choroba cywilizacyjna? Pragmatyzm, oszczędność czasu czy może skrajne lenistwo?