Jadę do Tesco. Po drodze, mam bliskie spotkanie z fokami (nie pierwsze zresztą).
Wracając obładowany siatami, pod teatrem wpadam w azjatyckie klimaty:
Rano foki, po południu smok. I za to naprawdę lubię Aberdeen
Jadę do Tesco. Po drodze, mam bliskie spotkanie z fokami (nie pierwsze zresztą).
Wracając obładowany siatami, pod teatrem wpadam w azjatyckie klimaty:
Rano foki, po południu smok. I za to naprawdę lubię Aberdeen
Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, nad rzeką Clyde w szkockiej krainie zwanej Clydesdale, ponad 300 lat temu jej mieszkańcy wpadli na pomysł. Doszli do wniosku, że potrzebują nowy rodzaj konia: silny, wytrzymały, ale jednocześnie uległy i spokojny.
Wzięli zatem lokalne klacze i krzyżowali je z ciężkimi ogierami flamandzkimi.
Udało im się wyhodować zwierze, które oprócz wszystkich potrzebnych im cech jest również piękne, regularnie zbudowane i bardzo, ale to bardzo eleganckie.
Dzisiaj na Clydesdale Horse Show mogłem podziwiać wdzięk tych wspaniałych zwierząt (w dodatku w niezwykle miłym towarzystwie).
Potężne (nawet do 180 cm w kłębie), masywne (dorosły osobnik waży około tony), wspaniale umięśnione konie zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Uroku dodają im szczotki na pęcinach, obfite grzywy oraz fantazyjnie zaplecione ogony.
Konie te używane były głownie jako konie pociągowe. Ale nawet wtedy doceniano ich piękno. Szkoci podobno mówili, że „piękno tych koni zamienia banalne rozwożenie piwa w publiczne widowisko”.
Zapraszam do galerii zdjęć z Clydesdale Horse Show.
W Szkocji wszystko jest troszkę inne: ludzie, zwyczaje, jedzenie, światło. Tak, dobrze przeczytaliście, światło też
Aberdeen leży dalej na północ niż na przykład Moskwa. Inna szerokość geograficzna powoduje, że promienie słońca padają tutaj pod innym kątem niż w Polsce. Powodowało to (szczególnie w pierwszych dniach po przyjeździe) że np. światło w godzinach popołudniowych mój organizm interpretował jako pochmurny ranek.
Zaletą mieszkania na tej szerokości geograficznej jest możliwość czytania książek przy dziennym świetle po godzinie 22:00.
Nie wierzycie? Spójrzcie na zdjęcie
Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?
Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.
W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie
) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda?
)
W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.
Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…
Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.
Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.
Zepsuł mi się laptop*). Serwisowi niespieszno – na mojego lapka popatrzą za tydzień.
Ponieważ bez dostępu do Internetu, nie mógłbym katować Was wykwitami mojego intelektu
natychmiast zacząłem intensywnie myśleć jak rozwiązać ten problem.
Postanowiłem nabyć jakieś małe, bardzo mobilne urządzenie które da mi tani (najlepiej darmowy) wgląd w cyfrowy świat. Tym samym wpadłem w szeroko otwarte ramiona Panów Stevenów (Jobs&Wozniak).
Niedawno mogliśmy zobaczyć jak jeden z nich buduje wizerunek swojej firmy. Dziś opowiem Wam, jak robią to szeregowi pracownicy Appla (skoro wszyscy opisują stronę sprzętową, ja postaram opisać mechanizmy wciskania… eghm to jest sprzedaży).
Pokrzepiony wiadomością, ze Apple sprzedaje iPhony z darmowym, nielimitowanym dostępem do Internetu w poniedziałek udałem się do jabłuszkowego sklepu firmowego. Rozmowa z miłym sprzedawca wyglądała mniej więcej tak:
- Czy macie jakieś mobilne urządzenia, które pozwolą mi uzyskać dostęp do Internetu. Rejestruję bezrozumny wyraz oczu, słyszę odpowiedź:
- Nie.
- Aaaale słyszałem, ze iPhony sprzedajecie i one mogą w Internecie działać.
- iPhony! no tak, one mogą w Internecie działać… (chwila rozmowy o dostępnych modelach z nielimitowanym dostępem do Sieci)… lecz aktualnie nie mamy tych o które pytasz (najtańszych, najtańszy iPhone 3G będzie tak samo dobrze śmigał w necie co ten droższy). Wiesz, w czwartek mamy promocje nowego iPhona 4G, przyjdź we czwartek, powinny być lepsze ceny i może będą modele o które pytałeś.
No dobra, myślę, do czwartku jakoś wytrzymam. W dniu Zero, przezornie, do jabłkowego raju wybrałem się późnym popołudniem (co by mnie hordy wyznawców nie zadeptały).
Jest dostawa. Ruch, gwar, wszystko się błyska i bardzo ładnie wygląda. iPhon 4G – fajny, ładny, z fajerwerkami, ogólnie gra i buczy – tyle, że prawie raz droższy od modelu który chciałem.
Złapałem tego samego sprzedawce z którym rozmawiałem w poniedziałek.
- Słuchaj – mówię – przyszły może jakieś trójki?
Sprzedawca mówi – Nie, w ogóle wszystkie trójki zostały wycofane. Mamy modele generacji 4G, które warto kupić, bo…. graja i buczą. Kup Pan czwórkę! :]
Fajnie, lubię jak gra i buczy, ale 500£ to dla mnie ciut za dużo
Wychodzę. Po chwili zastanowienia (może warto zainwestować w drogie urządzenie, jeśli będę miał jakąś ekstra opcję na Internet), wracam do sklepu sprawdzić dokładniej ofertę.
Przezornie zaczepiam innego sprzedawcę, pytając go o… w zasadzie nie zdążyłem zapytać
4G to, 4G tamto. Stop! Czy iP4G da mi szybki, darmowy, nielimitowany dostęp do Internetu?
- Pewnie, spójrzmy na ofertę!
Patrzymy, co widzę: muszę kupić drogie urządzenie, a później wykupić oddzielny, płatny kontrakt z którymś z providerów (Tak, tak wiem ta strategia nazywa się spijaniem śmietanki z rynku
). Informuję miła Panią, że z nieznanych mi przyczyn, firmy providerskie uparły się nie podpisywać kontraktów z osobami które w Szkocji mieszkają niedługo (moje „trochę ponad rok” kwalifikuje się jako niedługo).
Pani natychmiast proponuje mi, żebym kupił sobie sam telefon (Kup Pan 4G!), a dostawcy internetu poszukał na własna rękę.
- No tak, tyle, że w najgorszym wypadku (czyli tym wspomnianym wyżej) zostanę z moim nowym, drogim urządzeniem w kieszeni, ale bez dostępu do Internetu (czyli jak dla mnie – mogę wyrzucić go do kosza).
Pani uprzejmie odpowiada… – Tak, dostrzegam takie ryzyko (aha, ekstra, nie ma jak to fachowa porada, uwzględniająca dobro klienta :]).
Po kilku minutach indagowania udaje mi się ustalić, że… nie rozmawiamy o nielimitowanym Internecie. Oferta pozwala na ściągniecie 1 GB w miesiącu (a ja potrzebuję minimum 3 GB – więc….).
Drążę dalej, okazuje się, nasz jabłuszkowy raj posiada jeszcze…. iPhony 3G (tak, tak – te wycofane). Ale Pani jest przekonana, zarzeka się wręcz, że Apple nigdy nie miało w ofercie nielimitowanego dostępu do Sieci. Kiedy kolejny raz, przywołuje poniedziałkową rozmowę z sprzedawcą, czerwieni się i umyka upewnić się… Wraca po kilku minutach, przyznając, ze owszem coś takiego było, ale już nie ma i nie będzie. Kup Pan czwórkę!
Nic to, jestem zbyt wybrednym klientem, jak widać
Następnego dnia robiłem zakupy w TESCO. Z głupoty wstąpiłem do działu technicznego. Patrzę, iPhony leżą
Pytam sprzedawcę. Mówi mi, że ma trójki i czwórki i jeszcze, że jego iPhony grają i buczą. Po tej krótkiej, treściwej informacji marketingowej, sam od siebie zwraca moją uwagę na minusy ofert które mi przedstawił (dowiaduję się np. że choć rozmiar downloadu jest nielimitowany, jedyne restrykcje polegają na ograniczeniu wielkości ściąganych plików do 10 MB i zablokowania możliwości używania iPhona jako modemu).
Krótko, treściwie, uczciwie. Wyszedłem jako posiadacz iPhona 3G (Fanfary, brawa, fanfary).
Mówią, że Apple to jedyna firma, która nie ma klientów. Ona ma wyznawców. Wierze w to (widziałem ich w sklepie w dniu promocji
). Jednocześnie uważam, że ordynarne wciskanie**) klientowi produktu bez oglądania się na jego potrzeby jest zwykłą arogancją, która wcześniej czy później musi się źle skończyć (ostatecznie nawet wyznawcy nie idiotami).
W ten oto sposób „biedne” TESCO wygrało konkurencję z „pięknym”, „błyszczącym” sklepem Appla.
*) Wiedzcie, że dla faceta takiego jak ja (który może korzystać ze sławojki, a wodę czerpać ze strumienia, ale musi mieć Internet) jest to straszna tragedia ![]()
**) Nie winię za to tylko pracowników – wiem, że zostali tak wyszkoleni, czy może raczej wytrenowani. Mają reagować niezawodnie jak psy Pawłowa, zawsze i wszędzie sprowadzając rozmowę do Kup Pan czwórkę!
Krótko po przyjeździe do Szkocji, zostałem zaproszony na lunch u pewnej szkockiej rodziny. Jeden z obecnych gości poprosił o wodę. Pani domu bez zastanowienia wstała, wzięła szklankę i napełniła ją… wodą z kranu.
Zdębiałem
Gość tymczasem podziękował pani domu uroczym uśmiechem i z zadowoleniem zaspokoił pragnienie.
Podanie w Polsce komukolwiek wody z kranu byłoby grubym nietaktem. Ten zwyczaj pozostał nam chyba po PRLu. Kranowa woda miała kiepski smak (wciaż jest mocno chlorowana!), zdarzały się zanieczyszczenia bakteriologiczne…
Tutaj, Szkoci piją wodę prosto z kranu. Wszędzie i zawsze. Zdarzyło mi się dostać kilkukrotnie kranówkę w restauracji
Szkocka woda kranowa ma ma niezłe walory smakowe
Szczególnie ta z aberdyńskiego kranu (poważnie – jest bardzo miękka).
Czy mogę poprosić o szklankę wody?
Zakupy w Aberdeen kojarzą mi się trochę z zakupami w PRL
Ilekroć, idę na zakupy kupuję nie to co chcę, lecz to co uda mi się kupić.
Dzisiaj dla przykładu planowałem kupić kurtkę i kilka par spodni, a wróciłem z dwiema białymi koszulami
Przyczyny oczywiście są skrajnie różne. W PRL-u powodem były niedobory wynikające z miażdżącej przewagi socjalistycznej myśli ekonomicznej nad kapitalistyczną :]
W Aberdeen głównym powodem jest obowiązująca moda.
Taaak, tak, wiem, wiem, to nie moda jest problemem. Problemem jest po prostu mój gust. Nie przepadam dla przykładu za fioletowymi, skrzącymi się garniturami sprzedawanymi w zestawie z żółtym krawatem
Można oczywiście znaleźć ubrania w bardziej konserwatywnych fasonach i stonowanej kolorystyce, lecz jest to niełatwe zadanie (przynajmniej dla mnie). Tego rodzaju produkty, niestety, należą często do wyższej półki cenowej.
Zerknij też na:
* Moda w Aberdeen,
* Wyprzedaż! Sales! Sales!
Ocean wielki –
I małe muszelki…
Jan Sztaudynger
Morze Północne i male kamyczki -
Witold na plaży o … myśli
Ja.
Ostatnio staję się monotematyczny. Ciągle o zwierzętach piszę. Postanowiłem to zmienić. Dziś dla odmiany napiszę… o… ooo… książce. Tak, to będzie dobre. Napiszę o książce ze zwierzętami ![]()
Ale za to jakiej! Takiej prosto z XII wieku.
Bestiariusz z Aberdeen. Piękny przedstawiciel ilumowanych, średniowiecznych bestiariuszy, będących mieszanką literatury dydaktycznej, moralizatorskiej z opracowaniem naukowym. Bestiariusze były wzorowane, na greckim dziele Physiologus z II w. Zawierały opisy zwierząt, drzew, skał wraz z komentarzem wprowadzającym w dogmaty wiary chrześcijańskiej. Kompendium ówczesnej wiedzy – taka Wikipedia offline
Nie zdziwcie się jeśli na kartach zobaczycie smoka lub jednorożca. Przecież każdy szanujący się średniowieczny skryba wiedział, że takie zwierzęta istnieją, tyle, że są bardzo rzadkie.
A więc zaczynamy zwiedzanie średniowiecznego ZOO. Szanowni Państwo na prawo widzimy…
Uniwersytet w Aberdeen w ramach The Aberdeen Bestiary Project zdigitalizował księgę (to właśnie stamtąd zajumałem większość obrazków – reszta jest z Wikipedii). Dzięki temu możecie obejrzeć całe średniowieczne ZOO sami i to nie ruszając się z przed komputera.
Do części zdjęć opisów dostarczył mi jak zawsze niezawodny Jan Brzechwa.
Pamiętacie małą zagadkę prosto z plaży? Spacerowałem ostatnio po targu i zobaczyłem… podobną rybę – ale całą. Sprzedawca nazwał ją Black Bream. Wujek Gógiel twierdzi, że po polsku rybie będzie Kantar.
Zagadka rozwiązana?