Archiwa tagu: granitowe opowieści

Kamień

Udostępnij

Kawałek granitu. Dla Szkotów tak niezwykły, że znalazło się dla niego miejsce w Narodowym Muzeum Szkocji w Edynburgu.

Błąkając się po salach Muzeum Narodowego Szkocji znalazłem kamień. Kawałek granitu wydobyty, co ciekawe, w Aberdeen w kamieniołomie Rubislaw.
Zwróćcie uwagę na dwie, krzyżujące się żyły kwarcu, które każdemu Szkotowi natychmiast kojarzą się z flagą Saltire.
Kamień został podarowany Muzeum przez astronautę NASA, kapitana Johna Jounga.

The Green

Udostępnij

The Green - ta nazwa mówi sama za siebie.

Niepozorny kwartał. W samym środku miasta, a jednocześnie jakby na uboczu. Brzmi jak oksymoron? W Aberdeen wszystko jest możliwe 🙂
The Green leży praktycznie przy głównej ulicy miasta… tyle, że dobre kilka metrów poniżej poziomu drogi. W dodatku jest „schowany” za budynkami przy niej stojącymi. Tym sposobem jest odseparowaną enklawą w centrum miasta.

The Green nocą.
Cisza i spokój? To tylko pozory.

Mieszkałem tam przez kilka miesięcy… i momentami czułem się jakbym wrócił na studia 😉 Zapamiętałem The Green jako miejsce niekończącej się imprezy, której uczestnicy oddają się pijaństwu i studenckiej rozpuście.

Pod oknami naszej kuchni bytował Pan Żulik. Nasz własny Pan Żulik 🙂 Odkryliśmy go przypadkiem którejś niedzieli. Staliśmy przy oknie, patrząc na ulicę. Nagle, z krzaków rosnących w ogródku podniosła się wymiętolona i brudna postać. Kojarzycie bajki w których fakir, grając na fujarce, powoduje, że sznur unosi się wężowym ruchem ku niebu? Pan Żulik potrafił zrobić tę sztuczkę bez fakira 😉
Obróciła się. Zarośnięta gęba zmierzyła nas nieufnym, mętnym spojrzeniem.
Oczami wyobraźni widziałem malutkie trybiki kręcące się coraz szybciej w głowie Pana Żulika. Po chwili w jego oczach odmalował się wyraźny wyrzut: nigdzie chwili spokoju! Pan Żulik z niesmakiem na twarzy osunął się z powrotem do swojej zielonej kryjówki.

Oto prawdziwe oblicze The Green: rock and roll!

Pan Żulik, nie nastręczał problemów. Po prostu pasożycił się spokojnie pod naszymi oknami 🙂
No cóż, różni ludzie, różne gusta: jedni w ogródku hodują kury, inni wolą trzymać marchewkę, lub kalarepę. My mieliśmy naszego własnego Pana Żulika 🙂

Białe Aberdeen

Udostępnij

Kirk of Saint Nicholas.

Spokojny, mroźny ranek. Z nieba lecą ciężkie, lepkie płaty śniegu. Pochmurno.
Ulicami sunie spokojny, przyjazny tłum. Trwa jarmark produktów regionalnych. Ludzie nieśpiesznie przechodzą między kramami, oglądają, próbują, kupują lokalne specjały.

Kramy na Belmont Street.

Idealny czas, idealne miejsce i idealna pogoda, aby znaleźć przytulną, ciepłą knajpkę z wielką witryną. Zamówić gorącą kawę i siedzieć tak, obserwując przechodzących ludzi 🙂

Poniżej kilka fotek z mojego zimowego spaceru.
Po prawdzie, zdjęcia są sprzed tygodnia, ale to Wam chyba nie przeszkadza? 😉

Bastylia – czerwony punkt w granitowej przestrzeni miasta

Udostępnij

Stary skład należący do w przeszłości Broadford Works.

W mieście takim jak Aberdeen, każdy budynek stworzony z materiału innego niż granit rzuca się w oczy. Szczególnie jeśli wygląda jak cytadela i jest zbudowany z czerwonej cegły 🙂

Budynek który zobaczyć możecie na załączonych zdjęciach powstał w 1912 roku jako magazyn firmy tekstylnej Broadford Works. Jest wielki, czerwony, przyciąga uwagę, szokuje swoją odmiennością i zapada w pamięć. Irytująco enigmatyczny.

W 1995 roku został zaadaptowany na biura i apartamenty. Od tego czasu aberdyńczycy nazywają go… Bastylią.

Czerwony jak cegła.

Tartan Day 2010

Udostępnij

Kilka dni ciszy na blogu związanych było z nadmiarem obowiązków zawodowych (tak, tak to jest eufemizm 😉). Znalazłem tylko nieco czasu na odpisanie komentującym.
Zawiedzionych brakiem wiadomości z krainy kiltów, przepraszam 🙂

Dziś zaprezentuję kilka fotek z Tartan Day – kilkudniowej imprezy organizowanej corocznie w wakacje. W tym roku większą jej część spędziłem w… Polsce na urlopie 🙂 Z tego względu jestem zmuszony do skoncentrowania się na kilku wybranych zdjęciach (jeśli się Wam spodoba, mogę nieco szerzej opisać imprezę z zeszłego roku).

Myślę, że wszyscy Czytelnicy wiedzą jak wygląda zespół Pipes&Drums (choćby z lektury tego bloga – pisałem o tym: tutaj i jeszcze tutaj). Zespoły te, w czasie większości koncertów plenerowych ustawiają się w bardzo charakterystyczny sposób. Dudziarze stają w kole, zwróceni do siebie twarzami. W samym centrum stoi/stoją dobosz z bębnem (jeśli werbli jest więcej, część z grających stoi w kole razem z dudziarzami). Zerknijcie na zdjęcia.

Dudziarskie kółeczko.

Nie wiem skąd się wziął ten zwyczaj. Może to jakaś tradycja, a może chodzi po prostu o korzystny efekt akustyczny?
W tym tłumie, żeby zdobyć jakieś fajne ujęcie zespołu z Perth musiałem wyleźć… na płot… umieszczony na całkiem wysokim murku. Jeśli na zdjęciach zobaczycie jakąś zdegustowaną/zaskoczoną/rozbawioną twarz zwróconą prosto w obiektyw, wiedzcie, że nie jest to spowodowane wątpliwymi walorami urody trzymającego aparat 😉.

Zespół z Perth. Po prawej _ten_ właśnie płotek.
Dudziarz.
Złapany w trakcie wybijania rytmu stopą.
Z profilu.
Kolejne zbliżenie.
Dobosz z centrum uwagi.

Siedząc na płocie zobaczyłem…

... kolejny zespół szykujący się do koncertu.
Słusznej postury dowódca zespołu.

Udało mi się do niego dotrzeć w czasie kiedy przygotowywał się do występu. Dzięki temu zaobserwowałem ciekawą rzecz. Szef zespołu podchodził do każdego kolejnego dudziarza i sprawdzał jakimś urządzeniem…. właściwie nie wiem co sprawdzał 🙂
Pomimo mojego obycia muzycznego :] wiem jak wygląda fortepian i byłem kiedyś nawet na koncercie harfowym przychodzi mi do głowy jedyne to, że mógł sprawdzać natężenie dźwięku (co by nam głów nie pourywało). Może któryś z przenikliwych czytelników będzie wstanie rozwikłać zagadkę?

Każdy dudziarz został sprawdzony.
... takim właśnie urządzeniem.

A na koniec krótki filmik. Udało mi się zarejestrować technikę walenia w bęben. Smacznego.



Jaki z niego morał? Nawet w bęben trzeba umieć tłuc 🙂

Aberdyńskie „białe”wieczory

Udostępnij

W Szkocji wszystko jest troszkę inne: ludzie, zwyczaje, jedzenie, światło. Tak, dobrze przeczytaliście, światło też 🙂

Aberdeen leży dalej na północ niż na przykład Moskwa. Inna szerokość geograficzna powoduje, że promienie słońca padają tutaj pod innym kątem niż w Polsce. Powodowało to (szczególnie w pierwszych dniach po przyjeździe) że np. światło w godzinach popołudniowych mój organizm interpretował jako pochmurny ranek.

Zaletą mieszkania na tej szerokości geograficznej jest możliwość czytania książek przy dziennym świetle po godzinie 22:00.
Nie wierzycie? Spójrzcie na zdjęcie 🙂

Park w centrum miasta. Godzina ok. 22:30.

Srebrne kochanie

Udostępnij

Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?

Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.

The Silver Darling - restauracja w porcie.
The Silver Darling - restauracja w porcie.

W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie 😉 ) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda? 🙂 )

Fabryka śledzi od frontu.
Fabryka śledzi od frontu.

W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.

Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…

Most Zwycięstwa na rzece Dee.
Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.

Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.