Nareszcie jest: pełna wersja filmiku 3D z naszej wystawy z Expo w Chinach. Rzućcie okiem – warto. Napiszcie co o nim sądzicie, co Wam się podobało, a czego Wam zabrakło. Smacznego
Zobacz też:
* Grunwald 2010,
* Ten wpis miał być o Szkocji….
Nareszcie jest: pełna wersja filmiku 3D z naszej wystawy z Expo w Chinach. Rzućcie okiem – warto. Napiszcie co o nim sądzicie, co Wam się podobało, a czego Wam zabrakło. Smacznego
Zobacz też:
* Grunwald 2010,
* Ten wpis miał być o Szkocji….
Szkockie zamki. Tajemnicze, czasem mroczne i na pewno bardzo romantyczne. Malowniczo położone, nie raz odgrywały ważną rolę w historii tego dumnego narodu.
Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o zamku Crathes i rodzinie dzięki której powstał.
Crathes jest bardzo wdzięcznym obiektem opowieści. Jest pięknym, ale dość typowym zamkiem o charakterze rezydencjalnym, który powstał dzięki rodzinie Burnett. I co ciekawe pozostawał w jej rękach, aż do czasów współczesnych.
Jego właściciele nigdy nie stali się znanym i potężnym rodem, tak jak np. klan Bruce lub Stewart, ale jego członkowie zapisali się na kartach historii biorąc udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach. Rodzina ta miała różnego rodzaju wzloty i upadki, a ich historia jest historią Szkocji w miniaturze.
Burnettowie dali światu generałów, admirałów, sędziów, profesorów, biskupa oraz… gubernatora Nowego Jorku.
Rodzina miała spore szczęście/wyczucie polityczne. Nie mieszali się w spiski, walki o władzę (a jeśli to robili, to bardzo sprytnie). Praktycznie zawsze znajdowali się po „dobrej” (czyt. bardziej zwycięskiej) stronie. Ta niezwykła polityczna intuicja sprawiła, że zamek nigdy nie ucierpiał od działań wojennych, a bezpośrednio zagrożony był dokładnie raz (ale o tym później).
Do tej pory uważano, że byli anglosaską rodziną osiadłą w Arlesey. Dzisiejsze badania sugerują, że mogli być Normanami, którzy przybyli do Szkocji za panowania Dawida I.
Osobą która przeniosła siedzibę rodu do Aberdeenshire był Alexsander de Burnard. Około 1300 r. osiedlił się on na wyspie na jeziorze Loch Crannog (dzisiejsze Loch of Leys), budując umocnienia, które służyły rodzinie przez następne 250 lat. Był lojalnym stronnikiem Roberta Bruce’a, który to po osiągnięciu godności królewskiej nagrodził go tytułem (intratnym) Królewskiego Leśniczego. Jak się wydaje, od tego momentu rodzina zaczęła zyskiwać na znaczeniu.
Wreszcie przyszedł rok 1551 gdy Alexander Burnet i jego żona Janet zdecydowali o budowie nowej siedziby rodowej. Na tę decyzję wpłynął niewątpliwie fakt posiadania szóstki dzieci, względy prestiżowe oraz spore możliwości finansowe.
W 1644 roku zamek znalazł się w teatrze działań wojennych (trwała wówczas angielska wojna domowa). Ówczesny właściciel – pierwszy Baron – Sir Tomas (przezornie nie zaangażował się po żadnej ze stron w trakcie Wojny Domowej) stanął w obliczu armii dowodzonej przez jego starego przyjaciela Marquessa Montrosse. Panowie bardzo szybko doszli do porozumienia, zamek został poddany, uzyskując, jeśli się nie mylę immunitet.
Chwilę po, panowie mogli wspólnie spożyć posiłek
Równie ciekawą postacią jest trzeci Baron, Sir Thomas… nie, w zasadzie ciekawszą postacią jest dla mnie jego żona Margaret. W ciągu 22 lat powiła 21 dzieci… nic dziwnego, że w tamtym okresie zdecydowano się dodać do zamku skrzydło mieszkalne
Zamek był w rękach rodziny blisko 400 lat. W 1951 r. trzynasty Baron Sir Alexander William Burnett Ramsay podarował zamek organizacji The National Trust of Scotland, która opiekuje się szkockim dziedzictwem narodowym.
Zamek był budowany (z przerwami) 40 lat. Początkowo przybrał kształt wieży mieszkalnej do której dobudowywano w późniejszym czasie skrzydła, tworząc w ten sposób charakterystyczne, tradycyjne L-kształtne założenie rezydencji szlacheckiej.
Łatwo dostrzec, że obiekt budowany był przede wszystkim ze względów reprezentacyjnych, a nie obronnych. Tak umocniony obiekt mógł służyć do obronny w czasie chłopskiej ruchawki lub jakiś zatargów z sąsiądem, niekoniecznie będąc łatwym w obronie w czasie regularnych działań wojennych.
W miarę upływającego czasu bryłę zamku upiększano i ulepszano. Dodano małe narożne wieżyczki, zegar z epoki wiktoriańskiej czy XIX-wieczne trzyczęściowe okno które zastąpiło wcześniejsze okno gotyckie.
Dostępu do zamku bronią wąskie, okute drzwi zabezpieczone metalową kratą. Na parterze znajdują się pomieszczenia m.in. gospodarcze: kuchnia z fantastycznym wyposażeniem z okresu międzywojennego, mała cela w której przetrzymywano poddanych oczekujących na rozprawę, izba dla zbrojnych strażników.
Komunikacja pomiędzy poszczególnymi piętrami odbywała się za pomocą dłuuugich i bardzo krętych schodów. Stanowczo odradzam zwiedzanie zamku osobom, które maja problem podnieść nogę wyżej niż na wysokość rozłożonej gazety
Na kolejnych piętrach znajdowały się pomieszczenia mieszkalne: sypialnie, bawialnie oraz reprezentacyjny salon. Wszystkie pomieszczenia są umeblowane stylowymi meblami z epoki. Niestety, nie mogę zaprezentować zdjęć, ponieważ fotografowanie wnętrz jest zabronione. Największe wrażenie zrobiły na mnie XVI-wieczne malowidła, którymi pokryte są niektóre sufity i ściany. Na marginesie: niewiele osób zwiedzających średniowieczne zamki (tym bardziej ruiny) zdaje sobie sprawę z tego, że ich wnętrza były bogato dekorowane np. za pomocą barwnych polichromii (ten błąd jest często popełniany również w odniesieniu do budynków z innych epok: wyobrażając sobie Akropol widzimy biały marmur. Marmur, który tak naprawdę pokryty był kolorową farbą. Myśląc o egipskich posągach, widzimy oczyma wyobraźni kamienne kolosy, nie wiedząc, że Egipcjanie najczęściej je malowali).
Na ostatnim piętrze znajduję się Długa Galeria. Wspaniałe pomieszczenie z dębowym sufitem, ciągnące się przez całą długość wieży służyło do załatwiania spraw oficjalnych. Tutaj baronowie sprawowali sądy, tutaj zapadały wyroki i decyzje wpływające bezpośrednio na życie poddanych.
Zamek Crathes jak każdy szanujący się zamek ma swoją Damę nie, nie białą. Zieloną Damę
Jej duch był wielokrotnie obserwowany w pomieszczeniu: Kobieta w zielonej sukni przechodziła przez pomieszczenie, podchodziła do kominka, schylała się, podnosząc niemowlę. I znikała. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie pewne odkrycie. Spod płyty kominka wyciągnięto szkielet małego dziecka…
Oficjalna wersja legendy mówi o nieszczęśliwym romansie młodej kobiety, protegowanej właścicielki, która związała się z jednym ze służących.
Pod zamkiem znajdują się ogrody. Przyznam, że nie zrobiły na mnie większego wrażenia (gdy je zwiedziłem były nieco zarośnięte i zaniedbane). Zdecydowanie lepiej wspominam park wokół Crathes liczący sobie 595 akrów. Niesamowity kompleks parkowo-leśny z dobrze oznaczonymi ścieżkami spacerowymi.
Czy warto odwiedzić Crathes? Szczerze polecam. Zamek pomimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się niepozorny, ma swój klimat. Wzmacniany organizacją zwiedzania, dającą sporo wolności w poznawaniu jego zakamarków.
Jeśli lubicie przyrodę, proponuję poświęcić jedno, pełne popołudnie na zobaczenie tego kompleksu: zwiedzenie zamku i pospacerowanie wszystkimi ścieżkami parku
Jeśli podobał Ci się powyższy post, koniecznie zapoznaj się z:
*Szkocka perełka architektury w Małopolsce,
*Dunnottar Castle.
Entropce dziękuje za udostępnienie wybranych zdjęć.
Zbliża się rocznica (i to nie byle jaka – bardzo okrągła) bitwy pod Grunwaldem. Z tej okazji Imć Bagiński przygotował filmik, którego dziewięćdziesięcio sekundową wersję możecie zobaczyć poniżej.
Smacznego
Mały update:
Zobacz też: Trailer – historia Polski w osiem minut.
Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?
Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.
W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie
) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda?
)
W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.
Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…
Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.
Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.
Ostatnio staję się monotematyczny. Ciągle o zwierzętach piszę. Postanowiłem to zmienić. Dziś dla odmiany napiszę… o… ooo… książce. Tak, to będzie dobre. Napiszę o książce ze zwierzętami ![]()
Ale za to jakiej! Takiej prosto z XII wieku.
Bestiariusz z Aberdeen. Piękny przedstawiciel ilumowanych, średniowiecznych bestiariuszy, będących mieszanką literatury dydaktycznej, moralizatorskiej z opracowaniem naukowym. Bestiariusze były wzorowane, na greckim dziele Physiologus z II w. Zawierały opisy zwierząt, drzew, skał wraz z komentarzem wprowadzającym w dogmaty wiary chrześcijańskiej. Kompendium ówczesnej wiedzy – taka Wikipedia offline
Nie zdziwcie się jeśli na kartach zobaczycie smoka lub jednorożca. Przecież każdy szanujący się średniowieczny skryba wiedział, że takie zwierzęta istnieją, tyle, że są bardzo rzadkie.
A więc zaczynamy zwiedzanie średniowiecznego ZOO. Szanowni Państwo na prawo widzimy…
Uniwersytet w Aberdeen w ramach The Aberdeen Bestiary Project zdigitalizował księgę (to właśnie stamtąd zajumałem większość obrazków – reszta jest z Wikipedii). Dzięki temu możecie obejrzeć całe średniowieczne ZOO sami i to nie ruszając się z przed komputera.
Do części zdjęć opisów dostarczył mi jak zawsze niezawodny Jan Brzechwa.
Do napisania tej notki sprowokował mnie artykuł na Pardonie.
W naszym kraju panuje mit Polski zwycięskiej – Polski która w sojuszu z aliantami wygrała II Wojnę Światową (bardzo eksponuje się na przykład informacje o militarnym zaangażowaniu Polaków – trzecia siła pod względem liczebności w sojuszu).
Miłe, ale zupełnie nieprawdziwe. Zestawienie choćby kilku informacji pozwala ocenić rozmiar hekatomby:
- straty ludzkie: ponad 6 milionów zabitych. Straciliśmy znaczna część inteligencji (co przeraża najbardziej zabitej w ramach planowanego wyniszczenia narodu). Notabene: nie wiem, dlaczego w dyskusji publicznej pomija się fakt, że spora część wymordowanej ludności żydowskiej była obywatelami polskimi.
- straty materialne – szacowane na 50 mld dolarów (według wartości 1939 roku).
- straty terytorialne: II RP miała 389 720 km², a PRL 322 577 km².
Tzw. koniec wojny przyniósł nam nową okupację – tym razem „bratnią”.
Proszę o łopatologiczne wytłumaczenie dlaczego nazywa się to zwycięstwem?
Symptomatyczne jest to, że tego rodzaju artykuły do niedawna nie były publikowane w mass mediach. Dziś, w 20 lat po odzyskaniu niepodległości prace będące w istocie prostym zestawieniem danych z trudem przebijają się do świadomości publicznej.
Kładę to na karb prania mózgów jakie urządziła nam najpierw komunistyczna cenzura, a potem nasza własna, rodzima… autocenzura.
W naszym kraju historia przestała być nauką, stała się „zbiorem klechd”. W imię „historycznego kompromisu” (czy jak tam ten zwierz się nazywa?), zakłamujemy ją, zamiast wyciągnąć z niej naukę na przyszłość.
Czas zmienić heglowską zasadę: „Opis nie zgadza się z faktami? Tym gorzej dla faktów” na zasadę wziętą z Jana 8,32
… ale zobaczyłem nowe dziecko imć Bagińskiego i nie mogłem się powstrzymać. Nasz mistrz 3D stworzył ośmio minutowy filmik prezentujący historię Polski. Na ten moment udało mi się tylko znaleźć jego trailer.
Smacznego:
Nie chce oceniać filmiku tylko po trailerze, ale obawiam się nieco, że nasza historia mogła zostać przedstawiona jako pasmo nieustannych walk. A przecież, oprócz tego, że zabijaliśmy i dawaliśmy się zabijać, zdołaliśmy odkryć parę fajnych rzeczy ![]()
Mam nadzieję, że Tomaszowi Bagińskiemu udało się również pokazać nasze bardziej „pozytywistyczne” dokonania
Lacrimosa, lacrimosa.
Chciałem napisać jakąś błyskotliwą analize
o sytuacji i perspektywach III RP. Po chwili zastanowienia, doszedłem do jednak do wniosku, że nie warto dublować pracy którą popełnili wcześniej inni.
Zapraszam do zapoznania się z poniższym (co prawda dotyczy innego państwa, ale… pewne analogie można dostrzec):
Fragmenty pochodzą z filmu „Ostatni dzwonek„.
Smacznego
W ciągu ostatnich lat tysiące Polaków wyemigrowało do UK, w tym wielu do Szkocji. Paradoks historii polega na tym, że jeszcze kilkaset lat temu kierunek był dokładnie odwrotny.
W XVI, XVII wieku do Rzeczpospolitej przyjeżdżali Szkoci zwabieni tolerancją religijną oraz możliwościami jakie dawała ówczesna gospodarka. Znaczna część z nich pochodziła z Aberdeenshire – stolicą którego jest właśnie Aberdeen i osiedlała się w mojej rodzinnej Małopolsce.
Nierzadko świetnie wykształceni stawali się kupcami, inżynierami, bankierami i wreszcie żołnierzami. Pamiętacie z Trylogii szkocki regiment służący u Radziwiłła?
Szybko się integrowali, nie zapominając jednakże o swojej ojczyźnie. Jeśli spotkacie kogoś o nazwisku Machlejd lub Kabron prawdopodobnie okaże się, że pradziadkowi było Macleod lub Cockburn.
W mojej części Małopolski, kilka kilometrów od mojego miasta, w Bulowicach stoi zamek (a w zasadzie pałac). Chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o jego szkockich korzeniach.
Historia tego obiektu jest nierozłącznie związana rodziną Larisch.
W połowie XIX wieku (najprawdopodobniej ok. 1817 r.) w Bulowicach osiadł Edmund Larisch herbu Laryssa. Zanim jednak do tego doszło, rodzina przeszła ciekawe koleje losu.
Wedle rodowej tradycji pochodzić miała z Tyrolu. Jej protoplaści – panowie z Klisina mieli przybyć na ziemie polskie w XIII wieku, w poczcie św. Jadwigi (żona Henryka Brodatego).
Rodzina panów z Klisina podzieliła się na dwie główne rody: Fragstein i Larisch. Z Larischów pod koniec XV wieku wyodrębniły się dwie główne rodziny: z Naczęsławic i z Ligoty.
Warto zauważyć, że rodzina Larisch zamieszkuje na terenie księstwa oświęcimskiego (a więc w państwie do którego należały Bulowice przez około dwieście lat) przynajmniej od 1425 roku. Jej członkowie zapisali się w dziejach Ziemi Oświęcimskiej jako zarządcy (jak wójt oświęcimski Jan Larisch), pionierzy industrializacji (jak b. Karol Wacław Erdman, właściciel bardzo wydajnych kopalń) oraz właściciele ziemscy.
Pierwszym przedstawicielem rodu, który osiadł w Bulowicach był b. Karol Józef Eugeniusz. Źródła historyczne świadczą o jego poczuciu polskości. Uczestniczył w zjazdach lokalnej szlachty, został również, jako dziewiętnastolatek, najmłodszym podpułkownikiem w wojsku polskim.
Jego syn, Eugeniusz Feliks baron von Larisch i Gross-Nimsdorf urodził się 16 listopada 1818 roku w pobliskim Osieku. 21 kwietnia 1846 roku, nasz Waćpan Baron ożenił się w Londynie z Jessey Marią z Mapeltoft-Paterson. Podobno Miss Jessey zgodziła się zostać żoną Pana Barona pod jednym warunkiem: że, ten wybuduje jej pałac przypominający jej rodzinną siedzibę. No cóż, jak się jest baronem, właścicielem dobrze prosperującego majątku, to można godzić się na takie propozycje
W 1882 Baron ukończył budowe Pałacu. I w ten oto sposób baron znalazł sobie żonę, a my możemy cieszyć oczy piękną architekturą zamku.
Czemu napisałem o szkockich korzeniach tej budowli? Tak się jakoś poukładało, że Jessey była córką Johna Paterson, właściciela Zamku Huntly w Szkocji
Ceglany, otynkowany pałac posiadał trzy narożne wieże i znajdował się w dobrze utrzymanym parku angielskim. Został wybudowany w stylu angielskiego neogotyku. Sala balowa słynęła z szklanego dachu, przez który można było obserwować niebo.
Larischowie zapisali się w pamięci jako dobrzy gospodarze i opiekunowie lokalnej społeczności.
Chciałbym napisać, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Niestety nie mogę. Historia pałacu się tutaj nie kończy.
Rodzina Larischów żyła w nim aż do wybuchu II Wojny Światowej. W związku z tym, że Larischowie nie wyrzekli się swojej polskości i odmówili podpisania volkslisty zostali z niego wysiedleni i zesłani do obozu koncentracyjnego w Dachau. Budowle zajęli hitlerowcy, którzy urządzili w nim sanatorium dla żołnierzy.
Po wojnie, zamek zajęły wojska sowieckie, które dokonały jego dewastacji. Władze komunistyczne (kierując się zasadami sprawiedliwości społecznej) po raz drugi zmusiły prawowitych właścicieli do opuszczenia Pałacu. Dekretem z 1944 roku, odebrały im majątek, a w wnętrzach zamku urządziły sanatorium dla gruźlików (w latach późniejszych lokowano tam również oddział leczenia odwykowego).
W taki sposób rodzina Larischów straciła swój majątek, a władza żartobliwie nazywana ludową, postarała się aby jej członkowie nie zapomnieli, że wywodzą się z warstwy zawodowych pasożytów społecznych…eee… mają niewłaściwe pochodzenie.
Obecnie toczy się postępowanie sądowe, które określi, czy możliwy jest zwrot Pałacu prawowitym właścicielom.
Serdecznie dziękuję Władysławowi Mrzygłodowi za udostępnienie fotografii Pałacu w Bulowicach.