Archiwa tagu: historia

Zagadka parkowa

Udostępnij

Co to jest?

Pamiętacie jeszcze o naszej małej zagadce?

Czas na werdykt „komisji” konkursowej 🙂 Niestety żaden z Czytelników nie udzielił dokładnej, poprawnej odpowiedzi (choć przyznam, że niektórzy byli blisko – Dźwiedz skojarzył nawet lokalizację obiektu), więc nagroda niespodzianka będzie musiała zaczekać do następnego okazji 🙂

Zdjęcie przedstawia sztucznie wzniesiony kopiec, który prawdopodobnie jest pozostałością gródka stożkowatego (inna nazwa dla tego rodzaju fortyfikacji to motte). Znajduje się on w Seaton Parku i określany jest jako Tillydrone Motte.
Prawda, że to była prosta zagadka? 😉

Model grodu stożkowatego sporządzony na podstawie tkaniny z Bayeux. Źródło: Wikipedia. Licencja: GNU.

Takie założenia obronne były popularne w Europie od IX do XIV wieku (w Polsce nawet do XVIII). Miały najczęściej formę ściętego stożka, często zwieńczonego drewnianymi fortyfikacjami (palisada, wieża). Stożek często był otoczony rowem, powstałym po wybraniu ziemi na potrzeby budowy kopca.

Kopiec od strony zachodniej.

Dlaczego piszę że obiekt to prawdopodobnie gródek stożkowy? Ponieważ archeolodzy nie są tego do końca pewni. Stożek jest stosunkowo mały (około 7 metrów wysokości, średnica plateau ma koło 10 metrów), a to oznacza, że na szczycie nie było zbyt wiele miejsca. Wykopaliska ujawniły ponadto, że nie istniała tam palisada. Powstała więc alternatywna koncepcja sugerująca, iż jest to kopiec pogrzebowy (nie znalazłem jednak żadnego, potwierdzenia tej hipotezy). Naukowcy nie lekceważą, również lokalnej tradycji, która traktuje kopiec jako miejsce nadawania sygnałów ogniowych (coś w rodzaju prototypu latarni morskiej).
Nie wyklucza się możliwości, że obiekt (o ile był gródkiem stożkowym) nie miał funkcji mieszkalnej, a tylko wojskową – na jego szczycie mogła znajdować się wolno stojąca, drewniana strażnica.
Nie da się również wykluczyć, że zastosowanie obiektu mogło zmieniać wraz z czasem i zmieniającymi się potrzebami.

W Aberdeen znajduje się jeszcze jeden podobny obiekt. Czy wiecie, który mam na myśli? 🙂

Tartan czyli szkocka krata

Udostępnij

Przykłady szkockiego tartanu. Źródło: Wikipedia.

Tartan klanowy, który często nazywamy szkocką kratą, jest wełnianą tkaniną o charakterystycznym wzorze: zwykle symetrycznej kracie stworzonej za pomocą pasów o różnej szerokości i barwie.

Dziś opowiem Wam o jednym z najważniejszych elementów szkockiej kultury. Opowieść ta będzie podróżą w czasie: będziemy obserwować niesamowite zjawisko ewoluujące od czasów prehistorycznych po współczesność.
Myślę, że tartan dla Szkotów znaczy coś więcej niż tylko materiał. To symbol ich przynależności oraz element trwale integrujący świadomość zbiorową.
Zaczynajmy 🙂

Co znaczyło słowo tartan? Zależy kiedy 🙂 Znaczenie zmieniało się przez stulecia i pierwotnie referowało do stroju, który nosił góral. Dopiero w czasach późniejszych zaczęło być powiązane z wzorem, miejscem pochodzenia czy też pokrewieństwem. Samo słowo tartan prawdopodobnie pochodzi od francuskiego słowa tiretaine lub tertaine, które opisują grubą mieszankę lnu i wełny znaną jako linsey-woolsey.
Przyznać muszę, że ta teoria nie znajduje powszechnej akceptacji (no bo jakże to, szkocki tartan od Francuzów? 😉 ).
Niektórzy wywodzą te słowo z języka Gaelic (choć nie jest to wsparte przez źródła): tuar (kolor), tan (obszar). Ta koncepcja wspiera się na teorii, że regiony miały indywidualne tartany, zanim klany szkockie opracowały własne.

Pewne stare źródło zwane Senchus Mor, opisujące system prawny starożytnych Celtów, sugeruje co mogłoby być pierwotnym celem tartanu. Informuje ono, że Celtowie używali pasków do oznaczenia rangi, dla przykładu: 7 pasków przeznaczone było dla króla, 6 dla druida i odpowiednio mniej dla każdego, kto stał niżej w hierarchii. Kolor pasków również był nie bez znaczenia… i to prawdopodobnie zainspirowało do stworzenia tkaniny jaką dziś znamy pod nazwą tartanu.

Góralka, w tradycyjnym kobiecym stroju zwanym arisaid. Na zdjęciu tartan Sinclair.

Jedno jest pewne: ten charakterystyczny splot, krata utworzona z krzyżujących się pasów przebiegających w takim samym porządku zarówno wzdłuż osnowy jak i wątku, obecna była, od czasów prehistorycznych w wielu kulturach. Przetrwała w takiej formie tylko w Szkocji – dzięki odizolowaniu obszaru Highlandów i powiązaniu jej z poczuciem przynależności.

Pierwszy zachowany egzemplarz tartanu znany jest jako wzór z Falkirk (ang. Falkirk sett) i pochodzi z… III wieku naszej ery! Ten brązowy tartan został zachowany niejako przypadkiem. Został potraktowany jako gałganek, szmatka do zatkania glinianego dzbanka… pełnego srebrnych monet 🙂

Bitwa pod Culloden rozegrana w 1746 roku. Powstańcy jakobiccy mają na sobie różne rodzaje tartanów.

Tartan klanowy dziś, kojarzy nam się z barwną tkaniną. Początkowo jednak kolory były bardzo skromne: używano różnych odcieni brązu, bieli i zieleni. Dopiero później produkującym je ludziom udało się wprowadzić bardziej skomplikowane barwniki. Tartany do XVIII wieku nie miały określonych wzorów, a na ich odmienność wpływała lokalna dostępność barwników (a więc tylko na karb bujnej wyobraźni twórców, położyć można scenę z filmu „Waleczne Serce”, gdzie William Wallace biega po górach z tartanem klanowym swojej wybranki). Tkany był przez kobiety w na domowych krosnach, a jego jakość zaskakiwała podróżników i mocno kontrastowała z trudną sytuacją ludności (gdzie wielu żyło na granicy ubóstwa).

Strój który prawdopodobnie należał do Sir Johna Hynde Cottona, który był prominentnym angielskim jakobitą i członkiem parlamentu. Strój ten kupił prawdopodobnie w czasie swojej wizyty w Edynburgu w 1744 roku.

Tartan noszony był na kilka sposobów: jako pled przerzucony przez lewe ramię (dlaczego przez lewe? no bo w prawej trzymano broń i nic nie mogło krępować jej ruchów), spodnie lub kilt (o kiltach opowiem innym razem).

Z czasem wzorów tartanów było coraz więcej, szkockie kraty stawały się coraz bardziej kolorowe, zwiększała się również ilość ich zastosowań. Pojawiły się tartany klanów, jedne rodzaje krat stosowano na codzień, inne tylko od święta. Stworzono specjalne tartany wojenne, tartany regionalne i wreszcie tarany kobiece.

Tartan został zromantyzowany i zapisał się na stałe w szkockiej kulturze jako element identyfikacji narodowej w trakcie dwóch powstań jakobickich (o tym co zrobiono z niektórymi powstańcami przeczytacie tutaj).

Black Watch tartan.

Niestety dla Szkotów były to powstania przegrane. Zostali oni zmasakrowani w bitwie pod Culloden w wyniku, której upadło ostatnie powstanie jakobickie. Rozpoczął się czarny okres w historii Szkocji. Dowódca Anglików Cumberland zasłużył sobie na przydomek „rzeźnika Szkotów” wymordowaniem jeńców i rannych wziętych pod Culloden (ogółem pojmano 3470 Szkotów, z tego: 120 stracono w wyniku tortur, 88 zmarło w więzieniach, 936 deportowano do kolonii, wygnano 222). Anglicy zajmowali majątki, niszczyli wsie, zabijali ich mieszkańców.
Brutalne represje zostały usankcjonowane aktem parlamentu z 1746: zakazano używania języka gaelickiego, posiadania broni, zlikwidowano system klanowy, zakazano gry na dudach, używania tartanu oraz noszenia kiltu.
Konsekwencje łamania postanowień aktu były bardzo surowe: np. za założenie kiltu groziło 6 miesięcy aresztu. Jeśli złapano kogoś ponownie w kilcie zsyłano go do koloni na okres siedmiu lat!
Jednym wyjątkiem od tej ustawy był pułk Black Watch, któremu pozwolono zachować tartan i tradycyjne umundurowanie. Drakońskie prawo wygasło w roku 1782.

Tartanowe wdzianko z epoki, prawda, że wdzięczne?

Renesans tartanu wydaje się być zasługą szkockiego pisarza Waltera Scotta (oraz organizacji takich jak Highland Society of London), który wypromował bardzo romantyczną wizję Highlandów. Zainteresowanie tartanami było ogromne.
Niestety po latach prześladowania szkockiej kultury… nie bardzo było wiadomo jak te tartany powinny wyglądać. Oczywiście, niektóre wzory przetrwały (w postaci skrawków materiału lub zachowane na obrazach), ale wielka ich liczba nie. Oczywiście, nikt się do tego głośno nie przyznaje, ale wydaje się, że spora część wzorów taranów została… wymyślona w tym czasie na nowo 🙂

Fragment tartanu z kiltu ślicznego Księcia Karolka, który prawdopodobnie miał na sobie w trakcie ucieczki z bitwy pod Culloden.

Jako smaczek dodam, że w XIX wieku w Paryżu pojawili się bracia John i Charles Hay Allen podający się za wnuków ostatniego ze Stuartów – Księcia Karola. Niestety, zamiast zweryfikować tożsamość oszustów, zaproszono ich do Edynburga, gdzie wkrótce zmienili nazwisko na Sobieski-Stuart (no tak, tak Książę Karol to prawnuk naszego króla Jana III Sobieskiego). Sama historia byłaby nielada ciekawostką, ale Panowie postanowili iść na całość: opublikowali książkę „Vestarium Scoticum” w której, jak twierdzili zawarli ponad 70 tartanów… sprzed 300 lat 🙂
Dodam, że ok. 30 tartanów tam opisanych… jest w użyciu do dziś 😀

Dwie próbki tartanu, co do których istnieje domniemanie, że pochodzą z kiltu Księcia Karola Edwarda, zwanego śliczny Książę Karolek, prawnuka Jana III Sobieskiego.

Instytucją współcześnie odpowiedzialną za heroldie w Szkocji jest Trybunał Lorda Lwa (ang. The Court of Lord Lyon), urząd ten zajmuje się rejestracją nowych herbów, godeł, tartanów i flag, przestrzeganiem prawidłowego używania i przedstawiania istniejących oraz nadzorowaniem uroczystości oficjalnych.
Istnieją również organizacje (takie jak: Światowy Rejestr Szkockich Tartanów lub oficjalny Rejestr Tartanów), które zajmują się rejestrowaniem nowych wzorów.

Tartany są wszędzie: są obecne na renomowanych wybiegach, używane są na codzień przez ludzi na całym świecie (dodam, że i sam Autor od czasów podstawówki chodzi w koszulach w szkocką kratę 😉 ), swoje tartany mają regiony, oddziały wojskowe, klany, a nawet firmy 🙂

Polski tartan.

Dzisiejszą opowieść chciałbym zakończyć bardzo miłym dla nas, Polaków akcentem. Z uwagi na historyczne związki pomiędzy naszymi narodami, Szkoci w darze dla narodu polskiego, stworzyli polski tartan. Tartan ten przeznaczony jest dla użytku dla Polaków z całego świata. Został on zarejestrowany pod numerem 3156 i został zatwierdzony przez polskiego konsula generalnego.
Jak Wam się podoba ten niezwykły i bardzo ciepły prezent? 🙂

One o’clock gun

Udostępnij

Haubica L118 czyli one o'clock gun.

Edynburg, godzina 13.00. Ostry wystrzał przecina powietrze. Turyści zgromadzeni na Zamku podskakują w przestrachu, a obywatele miasta…. spokojnie nastawiają zegarki.
Codziennie, z wyjątkiem niedziel, Świąt Bożego Narodzenia i Wielkiego Piątku w Edynburgu rozlega się wystrzał. Strzelanie z zamkowej armaty ma długą, kilkusetletnią tradycję. Ale zacznijmy od początku.

3... 2... 1...
Podskok!

200 lat temu zegary były drogie i nie zawsze dokładne. Precyzyjne ustalanie czasu miało wielkie znaczenie dla żeglugi morskiej (o tym później) oraz dla ruchu kolejowego (od czasów Rewolucji Przemysłowej). Używanie tradycyjnych metod związanych z obserwacją słońca dawało lokalne, nieprecyzyjne wyniki i nie gwarantowało bezpieczeństwa.

Chronometr ze zbiorów Szkockiego Muzeum Narodowego. Wyprodukowany około roku 1820 w Edynburgu.

Jak pisałem, żeglarze odbywający dalekomorskie podróże, do potrzeb astronawigacji musieli znać dokładny czas. Aby ustalić długość geograficzną porównywano odczyt z chronometru (dokładnego, odpornego na złe warunki pogodowe zegara, ustawionego zawsze na czas Greenwich) z czasem lokalnym na statku (ustalanym np. za pomocą obserwacji Słońca).
Jak sami widzicie aktualny czas był bardzo istotny dla każdego kapitana i nawigatora. Tylko jak synchronizować zegary statków stojących w porcie na kotwicy z zegarem w obserwatorium? Najlepiej skonstruować jakiś wizualny, łatwy do obserwacji obiekt, który będzie przekazywał informacje.

Monument Nelsona. Zwróć uwagę na zrzuconą kulę czasową na szczycie.

W 1818 na wzgórzu Calton Hill otwarto Edynburskie Obserwatorium (w którym codziennie wyznaczano godzinę 12.00). Na Monumencie Nelsona zainstalowano tzw. kulę czasu (ang. Time Ball), która była zrzucana dokładnie o godzinie 13.00 (czyli o godzinie pierwszej po południu). To był sygnał dla marynarzy w porcie, aby skorygowali swoje chronometry.
Wszystko działa pięknie, dopóki nad port nie nadciągnie mgła (pamiętacie co pisałem o pogodzie w Szkocji?) 🙂

One o'clock gun dawniej.

I z tym problemem sobie poradzono. W 1861 roku na Zamku w Edynburgu wyznaczono specjalną armatę, z której punktualnie o godzinie pierwszej oddawano wystrzał. Ponieważ prędkość dźwięku nie jest wysoka, opublikowano specjalną mapę na której wyznaczono strefy z podanymi danymi korekcyjnymi.

Pierwotnie wykorzystywano 18-funtową armatę, którą obsługiwało 4 ludzi. Oczywiście wraz z postępem technicznym, armaty wymieniano na coraz nowsze. Nazywano je jednak zawsze tak samo: One o’clock gun (w wolnym tłumaczeniu: armata pierwszej godziny). Dziś Szkoci używają haubicy L118, która możecie obejrzeć na pierwszym zdjęciu.

Jako ciekawostkę dodam, że podobny mechanizm zainstalowano w naszym Gdańsku w 1876 (zdemontowano go w 1929). W 2008 roku dokonano rekonstrukcji i dziś można go oglądać na latarni morskiej w gdańskim Nowym Porcie.

Entropce dziękuję za udostępnienie wybranych zdjęć.

Piktowie – malowani wojownicy

Udostępnij

Piktyjski kamień z Aberlemno. Źródło: Wikipedia.

Piktowie, nieco tajemniczy lud (prawdopodobnie celtycki) zamieszkujący niegdyś tereny dzisiejszej Szkocji. Rzymianie nazywali ich picti (łac. malowani) ze względu do zamiłowania na tatuowanie i malowanie swoich ciał.
Po Piktach nie zostało wiele: nieco rzymskich i anglosaskich przekazów, lista ich królów spisana w Średniowieczu oraz całe mnóstwo kamieni pokrytych tajemniczymi znakami.

Dlaczego dzisiaj piszę o Piktach? Wracając z Edynburga przesiadałem się w Dundee. Na dworcu wpadła mi w ręce ulotka „PICTAVIA – the land of Picts” reklamująca pewne muzeum. A w niej zobaczyłem obrazek z alfabetem ogamicznym, które to miało zostać znalezione na wielu piktyjskich kamieniach.

Zaraz, zaraz, pomyślałem – coś mi tu nie gra – jakiś czas temu widziałem news w archeowieściach. Wojciecha Pastuszka donosił o brytyjskich naukowcach, którzy proponują uznać znaki ryte na kamieniach (m.in. te właśnie zygzaki, dyski i węże) za pismo Piktów. Specjalistą od wymarłych języków nie jestem, więc nie wiem jak (i czy) zapisywali swój język. Może po prostu używali pisma ogamicznego i swoich własnych symboli?

Jedno jest pewne. Byli dzielnymi wojownikami, którzy oparli się rzymskiej potędze. Wiemy, że byli świetnymi metalurgami, rzemieślnikami oraz zajmowali się również szeroko pojmowaną sztuką. Ich organizacja społeczna stała na wysokim poziomie. Około V w.n.e. zostali schrystianizowani przez Kolumba i Niniana obwołanych później świętymi katolickimi.
W 843 roku stworzyli ze Szkotami Królestwo Alby (łac. Scotia) i… ślad po nich zaginął.

Remember, remember, the fifth of November..

Udostępnij

Fajerwerki, wybuchy i ogniska na plaży. Tak Brytyjczycy obchodzą wydarzenie sprzed 405 lat.
5 listopada 1605 roku grupa rozczarowanych katolików postanowiła zabić Króla Jakuba I (który kontynuował surową względem nich politykę wewnętrzna). Zawiązali spisek…

Postanowili wysadzić króla w powietrze… razem z budynkiem parlamentu, szlachtą, duchowieństwem oraz posłami Izby Gmin (niezwykła, przyznacie fantazja).
Jak tu zorganizować tak szalone przedsięwzięcie? Panowie nie namyślali się długo, wynajęli piwnicę w podziemiach Parlamentu i wsadzili tam 36 beczek prochu.

Chcąc uchronić swoich stronników przed tą wątpliwą przyjemnością… wysłali im listy. Jednemu z nich najwidoczniej nie spodobał się pomysł, ponieważ poinformował o nim władze.
Anglicy przeszukali piwnice. Spiskowca, niejakiego Guy Fawkesa który miał odpalić lont złapali dosłownie na gorącym uczynku.

Spisek nazwano Spiskiem Prochowym (ang. Gunpowder Plot), a wydarzenie Nocą Guyego Fawkesa (ang. Guy Fawkes Night).
Król, szlachta i duchowieństwo przeżyło, budynek Parlamentu ocalał.. i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Z wyjątkiem złapanych spiskowców, którym zafundowano tortury 🙂


Remember, remember the fifth of November
The Gunpowder Treason and Plot
I know of no reason,
Why Gunpowder Treason

Should ever be forgot…

Pamiętaj, pamiętaj piąty listopada,
Zdradę i spisek prochowy.
Nie znam powodu,
Dla którego ta zdrada

Miałaby być zapomniana

Crathes Castle

Udostępnij

Crathes Castle w całej okazałości.
Crathes Castle w całej okazałości.

Szkockie zamki. Tajemnicze, czasem mroczne i na pewno bardzo romantyczne. Malowniczo położone, nie raz odgrywały ważną rolę w historii tego dumnego narodu.
Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o zamku Crathes i rodzinie dzięki której powstał.

Crathes jest bardzo wdzięcznym obiektem opowieści. Jest pięknym, ale dość typowym zamkiem o charakterze rezydencjalnym, który powstał dzięki rodzinie Burnett. I co ciekawe pozostawał w jej rękach, aż do czasów współczesnych.

Jego właściciele nigdy nie stali się znanym i potężnym rodem, tak jak np. klan Bruce lub Stewart, ale jego członkowie zapisali się na kartach historii biorąc udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach. Rodzina ta miała różnego rodzaju wzloty i upadki, a ich historia jest historią Szkocji w miniaturze.
Burnettowie dali światu generałów, admirałów, sędziów, profesorów, biskupa oraz… gubernatora Nowego Jorku.

Zamek Crathes widziany z ogrodów. Na pierwszym planie kilkusetletnie cisy.
Zamek Crathes widziany z ogrodów. Na pierwszym planie kilkusetletnie cisy.

Rodzina miała spore szczęście/wyczucie polityczne. Nie mieszali się w spiski, walki o władzę (a jeśli to robili, to bardzo sprytnie). Praktycznie zawsze znajdowali się po „dobrej” (czyt. bardziej zwycięskiej) stronie. Ta niezwykła polityczna intuicja sprawiła, że zamek nigdy nie ucierpiał od działań wojennych, a bezpośrednio zagrożony był dokładnie raz (ale o tym później).

Do tej pory uważano, że byli anglosaską rodziną osiadłą w Arlesey. Dzisiejsze badania sugerują, że mogli być Normanami, którzy przybyli do Szkocji za panowania Dawida I.
Osobą która przeniosła siedzibę rodu do Aberdeenshire był Alexsander de Burnard. Około 1300 r. osiedlił się on na wyspie na jeziorze Loch Crannog (dzisiejsze Loch of Leys), budując umocnienia, które służyły rodzinie przez następne 250 lat. Był lojalnym stronnikiem Roberta Bruce’a, który to po osiągnięciu godności królewskiej nagrodził go tytułem (intratnym) Królewskiego Leśniczego. Jak się wydaje, od tego momentu rodzina zaczęła zyskiwać na znaczeniu.

Róg myśliwski na ścianie zamku - symbol piastowania stanowiska Królewskiego Leśniczego.
Róg myśliwski na ścianie zamku - symbol piastowania stanowiska Królewskiego Leśniczego.

Wreszcie przyszedł rok 1551 gdy Alexander Burnet i jego żona Janet zdecydowali o budowie nowej siedziby rodowej. Na tę decyzję wpłynął niewątpliwie fakt posiadania szóstki dzieci, względy prestiżowe oraz spore możliwości finansowe.

W 1644 roku zamek znalazł się w teatrze działań wojennych (trwała wówczas angielska wojna domowa). Ówczesny właściciel – pierwszy Baron – Sir Tomas (przezornie nie zaangażował się po żadnej ze stron w trakcie Wojny Domowej) stanął w obliczu armii dowodzonej przez jego starego przyjaciela Marquessa Montrosse. Panowie bardzo szybko doszli do porozumienia, zamek został poddany, uzyskując, jeśli się nie mylę immunitet.
Chwilę po, panowie mogli wspólnie spożyć posiłek 🙂

Równie ciekawą postacią jest trzeci Baron, Sir Thomas… nie, w zasadzie ciekawszą postacią jest dla mnie jego żona Margaret. W ciągu 22 lat powiła 21 dzieci… nic dziwnego, że w tamtym okresie zdecydowano się dodać do zamku skrzydło mieszkalne 🙂

Zamek był w rękach rodziny blisko 400 lat. W 1951 r. trzynasty Baron Sir Alexander William Burnett Ramsay podarował zamek organizacji The National Trust of Scotland, która opiekuje się szkockim dziedzictwem narodowym.

Zamek był budowany (z przerwami) 40 lat. Początkowo przybrał kształt wieży mieszkalnej do której dobudowywano w późniejszym czasie skrzydła, tworząc w ten sposób charakterystyczne, tradycyjne L-kształtne założenie rezydencji szlacheckiej.
Łatwo dostrzec, że obiekt budowany był przede wszystkim ze względów reprezentacyjnych, a nie obronnych. Tak umocniony obiekt mógł służyć do obronny w czasie chłopskiej ruchawki lub jakiś zatargów z sąsiądem, niekoniecznie będąc łatwym w obronie w czasie regularnych działań wojennych.

Małe okrągłe wieżyczki nadające Crathes romantyczny charakter.
Małe okrągłe wieżyczki nadające Crathes romantyczny charakter.

W miarę upływającego czasu bryłę zamku upiększano i ulepszano. Dodano małe narożne wieżyczki, zegar z epoki wiktoriańskiej czy XIX-wieczne trzyczęściowe okno które zastąpiło wcześniejsze okno gotyckie.

Dostępu do zamku bronią wąskie, okute drzwi zabezpieczone metalową kratą. Na parterze znajdują się pomieszczenia m.in. gospodarcze: kuchnia z fantastycznym wyposażeniem z okresu międzywojennego, mała cela w której przetrzymywano poddanych oczekujących na rozprawę, izba dla zbrojnych strażników.
Komunikacja pomiędzy poszczególnymi piętrami odbywała się za pomocą dłuuugich i bardzo krętych schodów. Stanowczo odradzam zwiedzanie zamku osobom, które maja problem podnieść nogę wyżej niż na wysokość rozłożonej gazety 😛

Ogrody Crathes.
Ogrody Crathes.

Na kolejnych piętrach znajdowały się pomieszczenia mieszkalne: sypialnie, bawialnie oraz reprezentacyjny salon. Wszystkie pomieszczenia są umeblowane stylowymi meblami z epoki. Niestety, nie mogę zaprezentować zdjęć, ponieważ fotografowanie wnętrz jest zabronione. Największe wrażenie zrobiły na mnie XVI-wieczne malowidła, którymi pokryte są niektóre sufity i ściany. Na marginesie: niewiele osób zwiedzających średniowieczne zamki (tym bardziej ruiny) zdaje sobie sprawę z tego, że ich wnętrza były bogato dekorowane np. za pomocą barwnych polichromii (ten błąd jest często popełniany również w odniesieniu do budynków z innych epok: wyobrażając sobie Akropol widzimy biały marmur. Marmur, który tak naprawdę pokryty był kolorową farbą. Myśląc o egipskich posągach, widzimy oczyma wyobraźni kamienne kolosy, nie wiedząc, że Egipcjanie najczęściej je malowali).

Ogród japoński.
Ogród japoński.

Na ostatnim piętrze znajduję się Długa Galeria. Wspaniałe pomieszczenie z dębowym sufitem, ciągnące się przez całą długość wieży służyło do załatwiania spraw oficjalnych. Tutaj baronowie sprawowali sądy, tutaj zapadały wyroki i decyzje wpływające bezpośrednio na życie poddanych.

Zamek Crathes jak każdy szanujący się zamek ma swoją Damę nie, nie białą. Zieloną Damę 🙂 Jej duch był wielokrotnie obserwowany w pomieszczeniu: Kobieta w zielonej sukni przechodziła przez pomieszczenie, podchodziła do kominka, schylała się, podnosząc niemowlę. I znikała. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie pewne odkrycie. Spod płyty kominka wyciągnięto szkielet małego dziecka…
Oficjalna wersja legendy mówi o nieszczęśliwym romansie młodej kobiety, protegowanej właścicielki, która związała się z jednym ze służących.

Ogrody Crathes.
Ogrody Crathes.

Pod zamkiem znajdują się ogrody. Przyznam, że nie zrobiły na mnie większego wrażenia (gdy je zwiedziłem były nieco zarośnięte i zaniedbane). Zdecydowanie lepiej wspominam park wokół Crathes liczący sobie 595 akrów. Niesamowity kompleks parkowo-leśny z dobrze oznaczonymi ścieżkami spacerowymi.

Czy warto odwiedzić Crathes? Szczerze polecam. Zamek pomimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się niepozorny, ma swój klimat. Wzmacniany organizacją zwiedzania, dającą sporo wolności w poznawaniu jego zakamarków.
Jeśli lubicie przyrodę, proponuję poświęcić jedno, pełne popołudnie na zobaczenie tego kompleksu: zwiedzenie zamku i pospacerowanie wszystkimi ścieżkami parku 🙂

Jeśli podobał Ci się powyższy post, koniecznie zapoznaj się z:
*Szkocka perełka architektury w Małopolsce,
*Dunnottar Castle.

Entropce dziękuje za udostępnienie wybranych zdjęć.

Srebrne kochanie

Udostępnij

Czy wiecie co ma wspólnego moja szkoła językowa, most na rzece Dee, restauracja w porcie i katastrofa sprzed 134 lat?

Każda miejscowość ma swoją historię. Napisaną przez życie: piękną, straszną, czasem radosną i smutną. Miasto żyje. Wystarczy zatrzymać się, choć na moment, żeby ją usłyszeć.

The Silver Darling - restauracja w porcie.
The Silver Darling - restauracja w porcie.

W porcie, tuż za Footdee znajduje się restauracja serwująca niezłe (i nie tanie 😉 ) frutti di mare – owoce morza. Jej nazwa: The Silver Darling jest nieco romantyczna i przypomina o ciężkiej pracy miejscowych kobiet.
Wielu Szkotów w Aberdeen przez lata żyło z morza. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, że to ciężki i niebezpieczny kawałek chleba. Kobiety w tych czasach pracowały równie ciężko. To one wykonywały prace domowe oraz wychowywały dzieci. Oprócz rozlicznych gospodarczych obowiązków, wiele z nich zatrudniało się przy patroszeniu i skrobaniu srebrzystych śledzi. Nasze dzielne panie nazywano silver darlings (bardzo sympatyczne określenie, prawda? 🙂 )

Fabryka śledzi od frontu.
Fabryka śledzi od frontu.

W tym miejscu, powinienem wspomnieć, o mojej szkole Easy English Aberdeen, która znajduje się w budynkach dawnej fabryczki (może powinienem napisać manufaktury), gdzie pracowały nasze „srebrne złotka”.

Sto lat temu rzeka Dee wyglądała zupełnie inaczej. Koryto od tego czasu zmieniło nieco swój bieg. Rzeka była szersza, nurt był szybszy. Nasza fabryka śledzi znajdowała się podobno na samym brzegu (dziś znajduje się kilkadziesiąt metrów od rzeki).
Nadszedł Post. Czytałem, że pogoda 5 kwietnia 1876 roku była typowo szkocka. Mogę wyobrazić sobie przenikliwy wiatr, niebo zasłane ciężkimi, ołowianymi chmurami, płatki mokrego śniegu wpadające do zimnego nurtu Dee. Ludzie wracali z Aberdeen do swojej rodzinnej wioski Torry. Aby dostać się na drugi brzeg, mieszkańcy używali promu. Myślę, że się spieszyli. W taką pogodę każdy przecież chciał jak najszybciej dotrzeć do domu.
Na pokład łodzi weszło siedemdziesięciu trzech ludzi. Przeciążony prom na środku rzeki obrócił się do góry dnem….
Rzeka pochłonęła trzydziestu dwóch pasażerów. Ich ciała wyrzuciła na brzeg. Dokładnie tam gdzie pracowały silver darlings.
Zmarli nie zaznali spokoju nawet po śmierci – dozorca tego terenu zaklina się, że ich duchy ciągle błąkają się po budynku fabryki śledzi…

Most Zwycięstwa na rzece Dee.
Most Zwycięstwa na rzece Dee.

Tragedia wstrząsnęła społecznością. W jej wyniku podjęto decyzję o budowie mostu. Victoria Bridge został oficjalnie otwarty 2 lipca 1881 roku.

Mam nadzieję, że po lekturze tego wpisu zgodzicie się ze mną, że każde, nawet pozornie zwykłe miejsce, może opowiedzieć nam jakąś interesującą historię. Wytłumaczyć dlaczego świat w którym przyszło nam żyć wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Czasem ostrzec, a czasem przypomnieć o odpowiedzialności jaka na nas spoczywa (zarówno względem naszych przodków jak i przyszłych pokoleń).
Historia magistra vitae est, mawiali starożytni. Zgadzam się z nimi – historia jest prawdziwą nauczycielką życia.

Bestiariusz z Aberdeen

Udostępnij

Ostatnio staję się monotematyczny. Ciągle o zwierzętach piszę. Postanowiłem to zmienić. Dziś dla odmiany napiszę… o… ooo… książce. Tak, to będzie dobre. Napiszę o książce ze zwierzętami 🙂
Ale za to jakiej! Takiej prosto z XII wieku.

Bestiariusz z Aberdeen. Piękny przedstawiciel ilumowanych, średniowiecznych bestiariuszy, będących mieszanką literatury dydaktycznej, moralizatorskiej z opracowaniem naukowym. Bestiariusze były wzorowane, na greckim dziele Physiologus z II w. Zawierały opisy zwierząt, drzew, skał wraz z komentarzem wprowadzającym w dogmaty wiary chrześcijańskiej. Kompendium ówczesnej wiedzy – taka Wikipedia offline 🙂
Nie zdziwcie się jeśli na kartach zobaczycie smoka lub jednorożca. Przecież każdy szanujący się średniowieczny skryba wiedział, że takie zwierzęta istnieją, tyle, że są bardzo rzadkie.

A więc zaczynamy zwiedzanie średniowiecznego ZOO. Szanowni Państwo na prawo widzimy…

Ten słoń nazywa się Bombi. Ma trąbę lecz na niej nie trąbi...
Dzik jest dziki, dzik jest zły, Dzik ma bardzo ostre kły...
Lew ma, wiadomo, pazur lwi, Lew sobie z wszystkich wrogów drwi...
Urocza hiena. Myślę, że nie jeden polityk, mógłby przyjąć ją za swój herb.
Jan Parandowski zapewniał w swojej Mitologii, że satyr jest idealnym kompanem zabaw.
Dzieeewice... wyyystąp!
Leucrota, bestiariusz, Aberdeen, Szkocja
To zwierze nazywa się Leucrota czyli... eee... Leucrota 🙂

Uniwersytet w Aberdeen w ramach The Aberdeen Bestiary Project zdigitalizował księgę (to właśnie stamtąd zajumałem większość obrazków – reszta jest z Wikipedii). Dzięki temu możecie obejrzeć całe średniowieczne ZOO sami i to nie ruszając się z przed komputera.
Do części zdjęć opisów dostarczył mi jak zawsze niezawodny Jan Brzechwa.

Ten wpis miał być o Szkocji…

Udostępnij

… ale zobaczyłem nowe dziecko imć Bagińskiego i nie mogłem się powstrzymać. Nasz mistrz 3D stworzył ośmio minutowy filmik prezentujący historię Polski. Na ten moment udało mi się tylko znaleźć jego trailer.

Smacznego:

Nie chce oceniać filmiku tylko po trailerze, ale obawiam się nieco, że nasza historia mogła zostać przedstawiona jako pasmo nieustannych walk. A przecież, oprócz tego, że zabijaliśmy i dawaliśmy się zabijać, zdołaliśmy odkryć parę fajnych rzeczy 🙂
Mam nadzieję, że Tomaszowi Bagińskiemu udało się również pokazać nasze bardziej „pozytywistyczne” dokonania 🙂

Szkocka perełka architektury w… Małopolsce

Udostępnij

W ciągu ostatnich lat tysiące Polaków wyemigrowało do UK, w tym wielu do Szkocji. Paradoks historii polega na tym, że jeszcze kilkaset lat temu kierunek był dokładnie odwrotny.

W XVI, XVII wieku do Rzeczpospolitej przyjeżdżali Szkoci zwabieni tolerancją religijną oraz możliwościami jakie dawała ówczesna gospodarka. Znaczna część z nich pochodziła z Aberdeenshire – stolicą którego jest właśnie Aberdeen i osiedlała się w mojej rodzinnej Małopolsce.
Nierzadko świetnie wykształceni stawali się kupcami, inżynierami, bankierami i wreszcie żołnierzami. Pamiętacie z Trylogii szkocki regiment służący u Radziwiłła?
Szybko się integrowali, nie zapominając jednakże o swojej ojczyźnie. Jeśli spotkacie kogoś o nazwisku Machlejd lub Kabron prawdopodobnie okaże się, że pradziadkowi było Macleod lub Cockburn.

Pałac w Bulowicach. Foto: Władysław Mrzygłód

W mojej części Małopolski, kilka kilometrów od mojego miasta, w Bulowicach stoi zamek (a w zasadzie pałac). Chciałbym Wam dzisiaj opowiedzieć o jego szkockich korzeniach.

Historia tego obiektu jest nierozłącznie związana rodziną Larisch.
W połowie XIX wieku (najprawdopodobniej ok. 1817 r.) w Bulowicach osiadł Edmund Larisch herbu Laryssa. Zanim jednak do tego doszło, rodzina przeszła ciekawe koleje losu.
Wedle rodowej tradycji pochodzić miała z Tyrolu. Jej protoplaści – panowie z Klisina mieli przybyć na ziemie polskie w XIII wieku, w poczcie św. Jadwigi (żona Henryka Brodatego).
Rodzina panów z Klisina podzieliła się na dwie główne rody: Fragstein i Larisch. Z Larischów pod koniec XV wieku wyodrębniły się dwie główne rodziny: z Naczęsławic i z Ligoty.
Warto zauważyć, że rodzina Larisch zamieszkuje na terenie księstwa oświęcimskiego (a więc w państwie do którego należały Bulowice przez około dwieście lat) przynajmniej od 1425 roku. Jej członkowie zapisali się w dziejach Ziemi Oświęcimskiej jako zarządcy (jak wójt oświęcimski Jan Larisch), pionierzy industrializacji (jak b. Karol Wacław Erdman, właściciel bardzo wydajnych kopalń) oraz właściciele ziemscy.

Pierwszym przedstawicielem rodu, który osiadł w Bulowicach był b. Karol Józef Eugeniusz. Źródła historyczne świadczą o jego poczuciu polskości. Uczestniczył w zjazdach lokalnej szlachty, został również, jako dziewiętnastolatek, najmłodszym podpułkownikiem w wojsku polskim.
Jego syn, Eugeniusz Feliks baron von Larisch i Gross-Nimsdorf urodził się 16 listopada 1818 roku w pobliskim Osieku. 21 kwietnia 1846 roku, nasz Waćpan Baron ożenił się w Londynie z Jessey Marią z Mapeltoft-Paterson. Podobno Miss Jessey zgodziła się zostać żoną Pana Barona pod jednym warunkiem: że, ten wybuduje jej pałac przypominający jej rodzinną siedzibę. No cóż, jak się jest baronem, właścicielem dobrze prosperującego majątku, to można godzić się na takie propozycje 😉
W 1882 Baron ukończył budowe Pałacu. I w ten oto sposób baron znalazł sobie żonę, a my możemy cieszyć oczy piękną architekturą zamku.
Czemu napisałem o szkockich korzeniach tej budowli? Tak się jakoś poukładało, że Jessey była córką Johna Paterson, właściciela Zamku Huntly w Szkocji 🙂

Pałac w Bulowicach. Foto: Władysław Mrzygłód

Ceglany, otynkowany pałac posiadał trzy narożne wieże i znajdował się w dobrze utrzymanym parku angielskim. Został wybudowany w stylu angielskiego neogotyku. Sala balowa słynęła z szklanego dachu, przez który można było obserwować niebo.
Larischowie zapisali się w pamięci jako dobrzy gospodarze i opiekunowie lokalnej społeczności.

Chciałbym napisać, że wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Niestety nie mogę. Historia pałacu się tutaj nie kończy.
Rodzina Larischów żyła w nim aż do wybuchu II Wojny Światowej. W związku z tym, że Larischowie nie wyrzekli się swojej polskości i odmówili podpisania volkslisty zostali z niego wysiedleni i zesłani do obozu koncentracyjnego w Dachau. Budowle zajęli hitlerowcy, którzy urządzili w nim sanatorium dla żołnierzy.
Po wojnie, zamek zajęły wojska sowieckie, które dokonały jego dewastacji. Władze komunistyczne (kierując się zasadami sprawiedliwości społecznej) po raz drugi zmusiły prawowitych właścicieli do opuszczenia Pałacu. Dekretem z 1944 roku, odebrały im majątek, a w wnętrzach zamku urządziły sanatorium dla gruźlików (w latach późniejszych lokowano tam również oddział leczenia odwykowego).

Pałac w Bulowicach. Foto: Władysław Mrzygłód.

W taki sposób rodzina Larischów straciła swój majątek, a władza żartobliwie nazywana ludową, postarała się aby jej członkowie nie zapomnieli, że wywodzą się z warstwy zawodowych pasożytów społecznych…eee… mają niewłaściwe pochodzenie.

Obecnie toczy się postępowanie sądowe, które określi, czy możliwy jest zwrot Pałacu prawowitym właścicielom.

Serdecznie dziękuję Władysławowi Mrzygłodowi za udostępnienie fotografii Pałacu w Bulowicach.