Archiwa tagu: obyczaje

Burns Night czyli nieoficjalne szkockie święto narodowe.

Udostępnij

Pomnik piewcy życia wieśniaczego w centrum miasta.

Coś mi się ostatnio zwiększyła częstotliwość publikacji 😉 Nie bójcie się, dziś nie będę Was zanudzał długachnymi postami. Chciałbym krótko wspomnieć o ważnym dla Szkotów (szczególnie dla szkockich emigrantów) święcie: Burns Night, obchodzonym 25 stycznia.

Robert Burns z profilu. Zwróćcie uwagę na romantyczną stokrotkę trzymaną w lewej dłoni.

Sylwetkę Roberta Burnsa i obchody jego nocy opisałem równo rok temu w notce zatytułowanej: Żywot człowieka poczciwego w wersji Gaelic czyli Burns Night. Zajrzyjcie, bo warto.
Więcej o tym wydarzeniu napiszę, jak mnie kiedyś jacyś Szkoci na obchody zaproszą 😉

Aaa i jeszcze… Robert Burns znalazł się na szkockich banknotach, ale o tym możecie przeczytać tutaj.

Kronikarski obowiązek wypełniłem. Tyle na dziś 🙂

Kranówka na stole czyli jak chlor tworzy różnice międzykulturowe ;)

Udostępnij

Krótko po przyjeździe do Szkocji, zostałem zaproszony na lunch u pewnej szkockiej rodziny. Jeden z obecnych gości poprosił o wodę. Pani domu bez zastanowienia wstała, wzięła szklankę i napełniła ją… wodą z kranu.
Zdębiałem 🙂
Gość tymczasem podziękował pani domu uroczym uśmiechem i z zadowoleniem zaspokoił pragnienie.

Podanie w Polsce komukolwiek wody z kranu byłoby grubym nietaktem. Ten zwyczaj pozostał nam chyba po PRLu. Kranowa woda miała kiepski smak (wciaż jest mocno chlorowana!), zdarzały się zanieczyszczenia bakteriologiczne…
Tutaj, Szkoci piją wodę prosto z kranu. Wszędzie i zawsze. Zdarzyło mi się dostać kilkukrotnie kranówkę w restauracji 😉
Szkocka woda kranowa ma ma niezłe walory smakowe 🙂 Szczególnie ta z aberdyńskiego kranu (poważnie – jest bardzo miękka).

Czy mogę poprosić o szklankę wody?

Second Warsaw czyli aberdyńskie Jackowo.

Udostępnij

Zapytajcie tubylca z Aberdeen jaka jest najgorsza dzielnica Aberdeen. Odpowiedz będzie krótka: Torry.

Ta dzielnica cieszy się paskudną opinią. Powszechnie uważana jest za siedlisko dziwek (jeśli usłyszysz pytanie typu: „Rozglądasz się za jakimś interesem?” nie łudź się proszę, że chodzi o przedsięwzięcie biznesowe :D), ćpunów, alkoholików i życiowych nieudaczników wszelkiej maści i kalibru. I jest w tym sporo prawdy 🙂

Widok na doki z mostu Victoria Bridge.

Torry są wciąż zaniedbaną, nieco niebezpieczną (znam gorsze) dzielnicą portową. Na szczęście to się zmienia. Uważam, że również dzięki… Polakom 🙂
Mechanizm jest prosty: gdzie mieszka większość polskich emigrantów? Tam gdzie jest najtaniej, czyli w najgorszych dzielnicach. Z lokalną gangsterką zwykle sobie jakoś radzą (najczęściej po prostu przytłaczają tubylców liczebnością). Niepostrzeżenie w dzielnicy robi się nieco spokojniej. A właściciele mieszkań robią interes życia (bo ceny wynajmu ze względu na popyt natychmiastowo idą do góry).
Nie bez przyczyny Torry nazywane są Drugą Warszawą – znaleźć tu można polski sklep, a polski na ulicy słychać chyba częściej niż angielski. W okolicznych fabrykach pracuje wielu naszych rodaków.

Biblioteka publiczna.

City Council w ramach programu rewitalizacji miasta Aberdeen stara się zająć tą dzielnicą. M.in. powstało specjalne partnerstwo na rzecz integracji społeczności angażujące biznes, organizacje społeczne i urzędników. Myślę, że zmiany idą w dobrym kierunku.

Port. Z lewej specjalne łodzie używane na platformach. Te na zdjęciu służą do treningów dla pracowników kompanii olejowych.

Torry mają też drugie, nieznane powszechnie oblicze: mieszkają tu ludzie silnie utożsamiający się z tym miejscem, pamiętający o rybackich tradycjach tej miejscowości, zaangażowani w działalność na rzecz społeczności. Co ważne udało im się podtrzymać więź międzypokoleniową.
Akurat wczoraj, miałem okazję poznać uroczą Panią pamiętającą Torry zanim nastała epoka gazu i nafty.
Zmuszony sytuacją (cholerne nadgodziny) szukałem podczas launchu jakiegoś take away’a (żarcie na wynos). Znalazłem całkiem sympatyczny bar w którym spotkałem Iris – sympatyczną staruszkę która w ciągu 20 minut opowiedziała mi o swoim zmarłym mężu – marynarzu Royal Navy, stosunkach panujących kiedyś w rybackiej społeczności oraz o tradycyjnej zabudowie znajdującej się w Old Torry. Wspominała swoją młodość i nie szczędziła ciepłych słów, opowiadając o byłych polskich żołnierzach osiadłych tutaj po II Wojnie. Szczególnie zapadł jej w pamięć jeden – z zawodu stolarz – który wykonał komplet pięknych mebli do swojego domu.

Fragment portu. Kra na rzece Dee.

Torry do 1891 były samodzielną rybacką wioską. Zaopatrywały ośrodek miejski w żywność. Mocno konkurowały z położoną na przeciwległym brzegu rzeki Dee rybacką wioską Footdee. Dziś niewiele budynków pamięta Stare Torry – większość z nich pochłonęła zmieniająca swoje koryto rzeka Dee oraz gruntowna przebudowa miejscowości na początku ubiegłego wieku.

Niezbędnik studenta czyli: Never fear, the Union is here!

Udostępnij

Kilka miesięcy temu, Krzysztof popełnił tekst o tym, jak o studentów RGU zadbał ichniejszy samorząd.

Studenci mogli znaleźć ogłoszenia informujące możliwości darmowego otrzymania prezerwatyw.

Zacytuję notkę Krzysztofa (tłumaczenie fragmentu plakatu):
„W nastroju na małe rumpy pumpy? Skończyły się prezerwatywy? I teraz moje ulubione zdanie, które zachowam w oryginale: Never fear, the Union is here! Nie chcemy żebyś złapał czegoś niemiłego podczas pobytu na RGU, dlatego baw się bezpiecznie i pozwól nam wyposażyć cię w troszkę prezerwatyw!”

System działa sprawnie, o czym przekonał się autor – w tydzień po złożeniu zamówienia, otrzymał potrzebny mu stuff.

Co w związku z akcja? Głosy oburzenia? Artykuły w mediach? Krytyka? Interwencja władz uczelni?
E niee… tutaj raczej podchodzi się do takich spraw dość naturalnie. Studenci są dorośli i nikt się w hipokryzję nie bawi.
Prezerwatywy zresztą można dostać za darmo w każdej aptece. Lub kupić za funta w jednym z automatów dostępnych we wszystkich publicznych toaletach.

Wyobrażacie sobie* gdyby taką akcję zorganizował jakiś samorząd w Polsce?

*) autor był samorządowcem przez kilka lat i pomimo że ma dość bujną wyobraźnie, wyimaginować sobie takowej nie potrafi 🙂

Żywot człowieka poczciwego w wersji Gaelic czyli Burns Night

Udostępnij

Robert Burns. Źródło: Wikipedia.

Robert Burns to szkocki odpowiednik naszego rodzimego piewcy życia wieśniaczego. Sławił on: grzebanie w ziemi, hodowanie buraków i innych kwiatków, gryzące komary, śpiewające ptaszki o 4 nad ranem oraz wiosenne słonko, które sprawia, że oraczom pot zalewa oczy.
W dodatku jak to z miłośnikami sielanek wiejskich bywa, był niepoprawnym romantykiem (prekursor romantyzmu). I to i jakim! Praktykującym (zgodnie z zasadą: „amor vincit omnia”). Idąc jego śladem odnajdziemy nieślubne dzieci, złamane serca i liczne wiersze sprawiające, że trup niewieści kładł się gęsto. I to wszystko w XVIII wieku!

Jego życiowe doświadczenia i dorobek (nie chodzi mi o ten miłosny 😉 ) budzą mój szacunek. Od dzieciństwa ciężko pracował na roli, jednocześnie gruntownie się edukując (zasługa mądrego ojca). Jestem w stanie to sobie wyobrazić: najpierw 10 godzin fizycznej, odmóżdżającej roboty, później jeszcze kilka intensywnej nauki. A po osiągnięciu dojrzałości umiejętność dostrzeżenia w tym piękna. Hmmm… to dowodzi, że jak większość poetów romantycznych był przynajmniej lekkim sadomasochistą 😉

Barwna postać. Rolnik, pożeracz serc niewieścich, poeta, antyklerykał, mason.
Gdy zawirowania życiowe rzuciły go do Edynburga w bardzo szybkim czasie zdobył niesłychaną popularność, stając się symbolem narodowym Szkocji.
Bez wątpienia poeta o ogromnym dorobku (niestety moja indolencja językowa nie pozwala mi się z nim zapoznać), posiadający duże zasługi dla ocalenia kultury szkockiej (np. zebrał i opracował wiele pieśni ludowych, tworzył również w lokalnym dialekcie szkockim). W pełni zasłużył sobie na miano Poety oraczy, Ulubionego syna Szkocji, barda Ayrshire.

Czas wyjaśnić, dlaczego postanowiłem poświęcić mu ten wpis 🙂
Dziś jest jego wieczór – Burns Night.

Jak już wcześniej pisałem Burns jest symbolem narodowym (szczególnie dla szkockiej diaspory), a jego dzień jest bardziej celebrowany niż dzień Św. Andrzeja!

Stoisko w Tesco. Tradycja, tradycją - biznes, biznesem 😉

Właśnie dzisiaj Szkoci w wielu miejscach na świecie zbierają się, słuchają jego poezji, jedząc, przy dźwięku dud, uroczysty obiad. Głównym daniem jest oczywiście haggis z tłuczonymi ziemniakami 🙂
To wszystko jest zalewane dużą ilością whisky, wypijanej przy okazji licznych mów i toastów.
Tradycja wieczorów burnsowskich sięga korzeniami XVIII wieku. Pielęgnują ją zarówno organizacje masońskie jak i setki zwykłych Szkotów.
Przyznam, że nie udało mi się znaleźć, publicznie dostępnego wieczorku Burnsa – być może te święto jest obchodzone w bardziej zamkniętych grupach.

Na gorąco o sylwestrowych różnicach

Udostępnij

Śpiewy na ulicach, podchmielone tłumy, oglądanie pokazu sztucznych ogni podczas zadymki śnieżnej, generalnie brak jakiejś specjalnej atmosfery – to wszystko lokuje się w pobliżu typowej imprezy pod chmurką w Polsce.

Jedyną rzeczą która zdecydowanie pobiła wszystkie Sylwestry jakie spędziłem np. w moim rodzinnym mieście to rozświetlony tysiącem reflektorów port. I uruchomione, dokładnie o godzinie zero syreny wszystkich statków stojących na kotwicy. Nigdy czegoś takiego u siebie nie przeżyłem. Pewnie dlatego, że ja z gór jestem i portu u nas nie uświadczysz 😛

A po Świętach….

Udostępnij

Wyprzedaż! Sales! Sales! Wielkie napisy atakują z każdej strony. Moi sąsiedzi zniknęli wczesnym rankiem. Choć nie jest to dla nich naturalna pora funkcjonowania. Wiadomo – czym wcześniej zaczniesz polowanie tym większa szansa, że złapiesz coś przed innymi.
Poszedłem się rozejrzeć o godzinie o której sales-weterani wracali do domów 🙂 Pomimo tego w sklepach były tłumy ludzi. Tłum oznacza, że masz problem z wejściem do sklepu, nie mówiąc już o wyjściu. I kolejki są jak w PRLu po mięso 🙂

Pooglądałem, poprzymierzałem i jak to zwykle bywa nic nie kupiłem. Jestem wybitnym antytalentem zakupowym: nie przepadam za spędzaniem czasu w sklepach i jestem wybredny 😛 Inna sprawa, że w Aberdeen nie ma specjalnie dużego wyboru. Nawet nowo wybudowane centrum handlowe Union Square niewiele poprawiło sytuacje. Sklepy są dość ubogie (jak dla mnie) w asortyment. Osobiście najczęściej mam problem ze znalezieniem czegoś w odpowiednim rozmiarze i o akceptowalnym design’nie.

Tłumy nabywców, kolejki, biznes się kręci… Ciekawe ile z rzeczy zakupionych w trakcie tego szału wróci do sprzedawców po kilku dniach? Tutaj to bardzo częste, np.: nierzadko prezenty wręcza się z rachunkami, aby osoba obdarowana mogła bez przeszkód zwrócić prezent i odzyskać pieniądze. Zdarza się również, że ludzie kupują elegancki komplet na jeden wieczór, po czym następnego ranka oddają go do sklepu. Tak sobie myślę, że sprzedawcy mogą być pewni swego utargu dopiero jakiś tydzień po Świętach 😛

Bożonarodzeniowy szał kartkowy

Udostępnij

Brytyjczycy mają hopla na punkcie kartek świątecznych. Nawet moja… hmm… oszczędna firma sprężyła się i chyba każdy z pracowników dostał maleńką karteczkę świąteczną. To to taka różnica kulturowa: w Polsce czasem dają bony na święta, tutaj karteczki z życzeniami 😉
Generalnie, kartki są wszędzie, w każdych rozmiarach, kształtach i kolorach. Są takie klasyczne: z choinkami, bombkami, światełkami i takie takie troszkę rzadziej spotykane też (np. z pijanym Mikołajem). Biznes kartkowy jest naprawdę bardzo intratny, tym bardziej że ceny niektórych kartek potrafią dojść do kilku funtów za sztukę 🙂
Zapytałem swoją szkocką znajomą, co robi z tymi wszystkimi kartkami. Powiedziała mi, że ustawia sobie na jakiejś komodzie i ilekroć na nie spojrzy to jej się przyjemnie robi. Ponieważ za choinką nie przepadam, a w Świętego Mikołaja już nie wierzę, podarowałem jej ładną kartkę z rudzikiem (taki ptaszek). Niech się kobiecie, chociaż na święta przyjemnie z mojego powodu zrobi 🙂

Życie jest pełne niespodzianek :)

Ostatnio byłem na nabożeństwie w zaprzyjaźnionym zborze. Po wszystkim podbiegł do mnie mały murzynek, na oko ze 4 lata, wielkie afro na głowie.
Stanął przede mną i patrzy. Zagdakałem w języku tubylców:
Hi, boy! How are you?
Mały ryknął: – WUJEK!!
I sruu mi na kolana 🙂

Czytaj dalej Życie jest pełne niespodzianek 🙂