Archiwa tagu: patologie społeczno-gospodarcze

Oferta bardzo specjalna :)

Udostępnij

WAŻNE!! Aby pomóc Grecji w kryzysie jest możliwość adoptowania Greka za jedne 500 €. Grek będzie robić za Ciebie wszystko, na co Ty nie masz czasu. Spać za Ciebie do jedenastej. Chodzić za Ciebie na kawę. Odbywać poobiednie sjesty. A wieczorem siedzieć za Ciebie w uroczej knajpce. Ja już adoptowałem – i mam luz: mogę teraz zasuwać w robocie od rana do wieczora!

Oferta ważna tylko do końca lutego – lub do wyczerpania zapasu Greków 🙂

Przyszło z Internetu, ponieważ nie chciałbym, żeby ktoś z moich Czytelników zmarnował tak wspaniałą okazę, wklejam 😛

The Green

Udostępnij

The Green - ta nazwa mówi sama za siebie.

Niepozorny kwartał. W samym środku miasta, a jednocześnie jakby na uboczu. Brzmi jak oksymoron? W Aberdeen wszystko jest możliwe 🙂
The Green leży praktycznie przy głównej ulicy miasta… tyle, że dobre kilka metrów poniżej poziomu drogi. W dodatku jest „schowany” za budynkami przy niej stojącymi. Tym sposobem jest odseparowaną enklawą w centrum miasta.

The Green nocą.
Cisza i spokój? To tylko pozory.

Mieszkałem tam przez kilka miesięcy… i momentami czułem się jakbym wrócił na studia 😉 Zapamiętałem The Green jako miejsce niekończącej się imprezy, której uczestnicy oddają się pijaństwu i studenckiej rozpuście.

Pod oknami naszej kuchni bytował Pan Żulik. Nasz własny Pan Żulik 🙂 Odkryliśmy go przypadkiem którejś niedzieli. Staliśmy przy oknie, patrząc na ulicę. Nagle, z krzaków rosnących w ogródku podniosła się wymiętolona i brudna postać. Kojarzycie bajki w których fakir, grając na fujarce, powoduje, że sznur unosi się wężowym ruchem ku niebu? Pan Żulik potrafił zrobić tę sztuczkę bez fakira 😉
Obróciła się. Zarośnięta gęba zmierzyła nas nieufnym, mętnym spojrzeniem.
Oczami wyobraźni widziałem malutkie trybiki kręcące się coraz szybciej w głowie Pana Żulika. Po chwili w jego oczach odmalował się wyraźny wyrzut: nigdzie chwili spokoju! Pan Żulik z niesmakiem na twarzy osunął się z powrotem do swojej zielonej kryjówki.

Oto prawdziwe oblicze The Green: rock and roll!

Pan Żulik, nie nastręczał problemów. Po prostu pasożycił się spokojnie pod naszymi oknami 🙂
No cóż, różni ludzie, różne gusta: jedni w ogródku hodują kury, inni wolą trzymać marchewkę, lub kalarepę. My mieliśmy naszego własnego Pana Żulika 🙂

Bo ten Witold to najgorszy jest…

Udostępnij

Scenka z pracy: przerwa w zakładowej kantynie.

Dosiadam się do stolika przy którym siedzi nowy, nieznajomy pracownik. Zaczynamy rozmowę. Jak zwykle przy takiej okazji padają standardowe pytania: skąd jesteś z Polski? Jak długo w UK? Jakie masz plany? Czym zajmowałeś się w Polsce?
Nowy pyta o firmę, warunki, zasady, o to, kto za co odpowiada. W pewnym momencie mówi:
– A ten Witold to podobno najgorszy jest. Trzeba na niego uważać?

🙂

No cóż, zajmując się zagadnieniami związanymi z utrzymaniem jakości ciężko pozostać popularnym 😀
Szczególnie, że spora część moich polskich współpracowników, starannie pielęgnuje ducha poprzedniej epoki. Wiecie o czym mówię? Idealnie sportretował to Jacek Kaczmarski:


(…)
Byle jak, byle co,
Byle szło – wprost czy wspak.
Byle mieć to już za sobą
Byle gdzie dla byle kogo –
Byle jak.
(…)
Nic nie warte jest wysiłku,
Co domaga się wysiłku,
Życie z tricków i uników
Uczłowiecza męczenników –
Bez wysiłku siądź na tyłku
I wyluzuj się, Motylku, tak, czy siak.
(…)

Ja raczej należę do osób solidnych i robiących swoją robotę niezależnie od sytuacji. Wychodzę też z założenia, że jeśli nie potrafię czegoś wytłumaczyć pięć razu po polsku, to na pewno uda się ta sztuka managerowi, raz, po angielsku :]
Wiecie, że to nawet działa?

Filipika przeciw estetycznej ignorancji

Udostępnij

Czytam sobie właśnie traktat Witruwiusza: „O architekturze ksiąg dziesięć” i krew mnie momentami zalewa 🙂
Jak to jest, że ten Waćpan starożytny rozumiał taką właśnie rzecz:

„Budynki prywatne będą wówczas celowo rozplanowane, jeśli się zwróci uwagę na to, w jakiej okolicy i w jakich strefach ma się je stawiać. Wydaje się bowiem, że inny typ budownictwa należy stosować w Egipcie, inny w Hiszpanii, nie taki sam nad Fontem, odmienny w Rzymie oraz w innych krajach i okolicach zależnie od ich właściwości, gdyż jedną okolicę nadmiernie nagrzewa słońce w swym biegu, inna znajduje się w znacznej od niego odległości, a jeszcze inna ma położenie pośrednie i klimat umiarkowany.”

a tę uważał za zupełnie podstawową:

Przy budowie należy uwzględniać: trwałość, użyteczność i piękno.

a nasze „architekty” nie potrafią tego wciąż zastosować? Budują np. kurpiowskie chaty w górach (notabene: jakiś czas temu mocno się natrudziłem, próbując wyjaśnić znajomej dlaczego budowa domu w stylu zakopiańskim w okolicy Andrychowa wydaje się być pomysłem lekko głupawym), zasypują kraj architektoniczną urawniłowką, nie zważając na przestrzeń historyczną, tradycję danego regionu, kalecząc przy tym straszliwie krajobraz.

Osobiście uważam, że niektórych architektów powinno się skazywać na dożywotnie mieszkanie w ich pudełkowato-cudacznych wykwitach.

Hough!

P.S. Jeśli nie za bardzo wiecie o czym mówię, polecam choćby pobieżną lekturę tego bloga. Jego właściciel zebrał z pomocą internautów zdjęcia obiektów architektonicznych… które nie śniły się nawet filozofom 🙂

iPhone 4G czyli jak biedne TESCO wygrało z błyszczącym sklepem Apple

Udostępnij

Zepsuł mi się laptop*). Serwisowi niespieszno – na mojego lapka popatrzą za tydzień.
Ponieważ bez dostępu do Internetu, nie mógłbym katować Was wykwitami mojego intelektu 😉 natychmiast zacząłem intensywnie myśleć jak rozwiązać ten problem.

Postanowiłem nabyć jakieś małe, bardzo mobilne urządzenie które da mi tani (najlepiej darmowy) wgląd w cyfrowy świat. Tym samym wpadłem w szeroko otwarte ramiona Panów Stevenów (Jobs&Wozniak).
Niedawno mogliśmy zobaczyć jak jeden z nich buduje wizerunek swojej firmy. Dziś opowiem Wam, jak robią to szeregowi pracownicy Appla (skoro wszyscy opisują stronę sprzętową, ja postaram opisać mechanizmy wciskania… eghm to jest sprzedaży).

Pokrzepiony wiadomością, ze Apple sprzedaje iPhony z darmowym, nielimitowanym dostępem do Internetu w poniedziałek udałem się do jabłuszkowego sklepu firmowego. Rozmowa z miłym sprzedawca wyglądała mniej więcej tak:
– Czy macie jakieś mobilne urządzenia, które pozwolą mi uzyskać dostęp do Internetu. Rejestruję bezrozumny wyraz oczu, słyszę odpowiedź:
– Nie.
– Aaaale słyszałem, ze iPhony sprzedajecie i one mogą w Internecie działać.
– iPhony! no tak, one mogą w Internecie działać… (chwila rozmowy o dostępnych modelach z nielimitowanym dostępem do Sieci)… lecz aktualnie nie mamy tych o które pytasz (najtańszych, najtańszy iPhone 3G będzie tak samo dobrze śmigał w necie co ten droższy). Wiesz, w czwartek mamy promocje nowego iPhona 4G, przyjdź we czwartek, powinny być lepsze ceny i może będą modele o które pytałeś.

No dobra, myślę, do czwartku jakoś wytrzymam. W dniu Zero, przezornie, do jabłkowego raju wybrałem się późnym popołudniem (co by mnie hordy wyznawców nie zadeptały).
Jest dostawa. Ruch, gwar, wszystko się błyska i bardzo ładnie wygląda. iPhon 4G – fajny, ładny, z fajerwerkami, ogólnie gra i buczy – tyle, że prawie raz droższy od modelu który chciałem.
Złapałem tego samego sprzedawce z którym rozmawiałem w poniedziałek.
– Słuchaj – mówię – przyszły może jakieś trójki?
Sprzedawca mówi – Nie, w ogóle wszystkie trójki zostały wycofane. Mamy modele generacji 4G, które warto kupić, bo…. graja i buczą. Kup Pan czwórkę! :]
Fajnie, lubię jak gra i buczy, ale 500£ to dla mnie ciut za dużo 😉 Wychodzę. Po chwili zastanowienia (może warto zainwestować w drogie urządzenie, jeśli będę miał jakąś ekstra opcję na Internet), wracam do sklepu sprawdzić dokładniej ofertę.
Przezornie zaczepiam innego sprzedawcę, pytając go o… w zasadzie nie zdążyłem zapytać 🙂 4G to, 4G tamto. Stop! Czy iP4G da mi szybki, darmowy, nielimitowany dostęp do Internetu?
– Pewnie, spójrzmy na ofertę!
Patrzymy, co widzę: muszę kupić drogie urządzenie, a później wykupić oddzielny, płatny kontrakt z którymś z providerów (Tak, tak wiem ta strategia nazywa się spijaniem śmietanki z rynku 🙂 ). Informuję miła Panią, że z nieznanych mi przyczyn, firmy providerskie uparły się nie podpisywać kontraktów z osobami które w Szkocji mieszkają niedługo (moje „trochę ponad rok” kwalifikuje się jako niedługo).
Pani natychmiast proponuje mi, żebym kupił sobie sam telefon (Kup Pan 4G!), a dostawcy internetu poszukał na własna rękę.
– No tak, tyle, że w najgorszym wypadku (czyli tym wspomnianym wyżej) zostanę z moim nowym, drogim urządzeniem w kieszeni, ale bez dostępu do Internetu (czyli jak dla mnie – mogę wyrzucić go do kosza).
Pani uprzejmie odpowiada… – Tak, dostrzegam takie ryzyko (aha, ekstra, nie ma jak to fachowa porada, uwzględniająca dobro klienta :]).

Po kilku minutach indagowania udaje mi się ustalić, że… nie rozmawiamy o nielimitowanym Internecie. Oferta pozwala na ściągniecie 1 GB w miesiącu (a ja potrzebuję minimum 3 GB – więc….).

Drążę dalej, okazuje się, nasz jabłuszkowy raj posiada jeszcze…. iPhony 3G (tak, tak – te wycofane). Ale Pani jest przekonana, zarzeka się wręcz, że Apple nigdy nie miało w ofercie nielimitowanego dostępu do Sieci. Kiedy kolejny raz, przywołuje poniedziałkową rozmowę z sprzedawcą, czerwieni się i umyka upewnić się… Wraca po kilku minutach, przyznając, ze owszem coś takiego było, ale już nie ma i nie będzie. Kup Pan czwórkę!
Nic to, jestem zbyt wybrednym klientem, jak widać 🙂

Następnego dnia robiłem zakupy w TESCO. Z głupoty wstąpiłem do działu technicznego. Patrzę, iPhony leżą 🙂 Pytam sprzedawcę. Mówi mi, że ma trójki i czwórki i jeszcze, że jego iPhony grają i buczą. Po tej krótkiej, treściwej informacji marketingowej, sam od siebie zwraca moją uwagę na minusy ofert które mi przedstawił (dowiaduję się np. że choć rozmiar downloadu jest nielimitowany, jedyne restrykcje polegają na ograniczeniu wielkości ściąganych plików do 10 MB i zablokowania możliwości używania iPhona jako modemu).
Krótko, treściwie, uczciwie. Wyszedłem jako posiadacz iPhona 3G (Fanfary, brawa, fanfary).

Mówią, że Apple to jedyna firma, która nie ma klientów. Ona ma wyznawców. Wierze w to (widziałem ich w sklepie w dniu promocji 😉 ). Jednocześnie uważam, że ordynarne wciskanie**) klientowi produktu bez oglądania się na jego potrzeby jest zwykłą arogancją, która wcześniej czy później musi się źle skończyć (ostatecznie nawet wyznawcy nie idiotami).

W ten oto sposób „biedne” TESCO wygrało konkurencję z „pięknym”, „błyszczącym” sklepem Appla.

*) Wiedzcie, że dla faceta takiego jak ja (który może korzystać ze sławojki, a wodę czerpać ze strumienia, ale musi mieć Internet) jest to straszna tragedia 😉
**) Nie winię za to tylko pracowników – wiem, że zostali tak wyszkoleni, czy może raczej wytrenowani. Mają reagować niezawodnie jak psy Pawłowa, zawsze i wszędzie sprowadzając rozmowę do Kup Pan czwórkę!

Second Warsaw czyli aberdyńskie Jackowo.

Udostępnij

Zapytajcie tubylca z Aberdeen jaka jest najgorsza dzielnica Aberdeen. Odpowiedz będzie krótka: Torry.

Ta dzielnica cieszy się paskudną opinią. Powszechnie uważana jest za siedlisko dziwek (jeśli usłyszysz pytanie typu: „Rozglądasz się za jakimś interesem?” nie łudź się proszę, że chodzi o przedsięwzięcie biznesowe :D), ćpunów, alkoholików i życiowych nieudaczników wszelkiej maści i kalibru. I jest w tym sporo prawdy 🙂

Widok na doki z mostu Victoria Bridge.

Torry są wciąż zaniedbaną, nieco niebezpieczną (znam gorsze) dzielnicą portową. Na szczęście to się zmienia. Uważam, że również dzięki… Polakom 🙂
Mechanizm jest prosty: gdzie mieszka większość polskich emigrantów? Tam gdzie jest najtaniej, czyli w najgorszych dzielnicach. Z lokalną gangsterką zwykle sobie jakoś radzą (najczęściej po prostu przytłaczają tubylców liczebnością). Niepostrzeżenie w dzielnicy robi się nieco spokojniej. A właściciele mieszkań robią interes życia (bo ceny wynajmu ze względu na popyt natychmiastowo idą do góry).
Nie bez przyczyny Torry nazywane są Drugą Warszawą – znaleźć tu można polski sklep, a polski na ulicy słychać chyba częściej niż angielski. W okolicznych fabrykach pracuje wielu naszych rodaków.

Biblioteka publiczna.

City Council w ramach programu rewitalizacji miasta Aberdeen stara się zająć tą dzielnicą. M.in. powstało specjalne partnerstwo na rzecz integracji społeczności angażujące biznes, organizacje społeczne i urzędników. Myślę, że zmiany idą w dobrym kierunku.

Port. Z lewej specjalne łodzie używane na platformach. Te na zdjęciu służą do treningów dla pracowników kompanii olejowych.

Torry mają też drugie, nieznane powszechnie oblicze: mieszkają tu ludzie silnie utożsamiający się z tym miejscem, pamiętający o rybackich tradycjach tej miejscowości, zaangażowani w działalność na rzecz społeczności. Co ważne udało im się podtrzymać więź międzypokoleniową.
Akurat wczoraj, miałem okazję poznać uroczą Panią pamiętającą Torry zanim nastała epoka gazu i nafty.
Zmuszony sytuacją (cholerne nadgodziny) szukałem podczas launchu jakiegoś take away’a (żarcie na wynos). Znalazłem całkiem sympatyczny bar w którym spotkałem Iris – sympatyczną staruszkę która w ciągu 20 minut opowiedziała mi o swoim zmarłym mężu – marynarzu Royal Navy, stosunkach panujących kiedyś w rybackiej społeczności oraz o tradycyjnej zabudowie znajdującej się w Old Torry. Wspominała swoją młodość i nie szczędziła ciepłych słów, opowiadając o byłych polskich żołnierzach osiadłych tutaj po II Wojnie. Szczególnie zapadł jej w pamięć jeden – z zawodu stolarz – który wykonał komplet pięknych mebli do swojego domu.

Fragment portu. Kra na rzece Dee.

Torry do 1891 były samodzielną rybacką wioską. Zaopatrywały ośrodek miejski w żywność. Mocno konkurowały z położoną na przeciwległym brzegu rzeki Dee rybacką wioską Footdee. Dziś niewiele budynków pamięta Stare Torry – większość z nich pochłonęła zmieniająca swoje koryto rzeka Dee oraz gruntowna przebudowa miejscowości na początku ubiegłego wieku.

Magia benefitów

Udostępnij

Benefit! To ulubione słowo znacznej części Polonii, słowo klucz, słowo odmieniane przez wszystkie przypadki. Benefitem Polonia stoi! 🙂

Pomimo, że zaczynam od złośliwości nie zamierzam krytykować ludzi pobierających zasiłki. Płacą podatki i mają prawo korzystać z tego systemu. Nieodmiennie fascynuje mnie jednak sposób traktowania benefitów przez pewną część Polonii. Dostrzegam w tym jakiś wykrzywiony obraz przedsiębiorczości: ludzie o których myślę, niezależnie od tego czy przebywają tam 4 lata czy 4 miesiące, znają doskonale meandry systemu benefitów, zapomóg, zasad przydzielania mieszkań socjalnych i potrafią z żelazną determinacją wywalczyć swoje (a czasem i więcej) 🙂 I to często nie mówiąc w języku tubylców.
Szkoda tylko, że tej determinacji starcza tylko na zdobycie zasiłku 🙂

W Szkocji benefitów jest bez liku (swojego czasu naliczyłem ponad 140 różnego rodzaju zapomóg): są benefity na dzieci, na mieszkanie, na przybory szkolne, są benefity czasowe dla osób które utraciły pracę, są benefity dla osób po wypadkach, dla matek z dziećmi – prawie każdy się jakoś kwalifikuje 😉

Muszę przyznać, że jest to pomoc skuteczna (natychmiastowo odczuwasz wsparcie). Przykładowo, jednym z benefitów jest Working Tax – wsparcie dla takich osób, które przekroczyły 25 rok życia, pracują przynajmniej 30 godzin w tygodniu i nie przekraczają pewnego pułapu dochodów (w praktyce są to osoby zarabiające „w okolicy” narodowego minimum)*.
Na czym polega skuteczność systemu? Dzwonisz do urzędu, odpowiadasz na serię pytań, podajesz adres. Tydzień później w Twojej skrzynce leży formularz. Wypełniasz, wysyłasz, dwa tygodnie później na Twoje konto wpływają pieniądze.
Osoba która zarabia tygodniowo ok. 200 funtów netto może otrzymać 50-60 funtów wsparcia tygodniowo.
60 funtów to wartość: zakupów na tydzień dla dwóch osób (takich solidnych, z dobrym winem 😉 ), butów, niezłej kurtki, biletu miesięcznego.

Niestety ten system (jak większość rozwiązań polegających na rozdawnictwie pieniędzy) statystycznie uzależnia i blokuje rozwój odbiorców. Anglicy doskonale rozpoznali te zjawisko – nazwali je pułapką benefitową.
Jeśli jesteś osobą „na minimalnej stawce” i dostajesz zasiłek wysokości 25% swoich dochodów, robisz wszystko żeby go nie stracić. Nie bierzesz nadgodzin, starasz się nie wyróżniać – pilnujesz żeby cię czasem szef nie wypatrzył i zlecił jakiejś nowej odpowiedzialności (no bo przecież, mogłaby się zdarzyć jakaś niewielka podwyżka). Jednym słowem żadnej dodatkowej aktywności.
Dlaczego? Ponieważ przekroczenie pułapu dochodów natychmiastowo zmniejsza lub odcina dostęp do 60 funtów tygodniowo. Większość ludzi w tym momencie dochodzi do wniosku, że lepiej nic nie robić. Ewentualna podwyżka musiałaby „zrekompensować” te 25% i pozwolić zarobić coś ekstra. Dla przeciętnego liniowego pracownika uzyskanie takiej podwyżki jest praktycznie nieosiągalne.

Tam gdzie są rozdawane pieniądze, pojawiają się też oszuści. W UK funkcjonują osoby które na koszt państwa urządziły sobie całkiem wygodne życie. Np. nielegalne podnajęcie mieszkania socjalnego przynosi duże dochody – szczególnie jeśli osoba wynajmująca rezyduje przez większość czasu w Polsce. Usiłowałem się zorientować w rozmiarach nielegalnych praktyk. Dotarłem tylko do nieoficjalnych danych dotyczących narodowości oszustów. Wynika z nich, że najwięcej oszustów rekrutuje się spośród tubylców (co za ulga, nie? 😛).

Na koniec jeszcze jedna obserwacja. Zauważyliście, że jeśli zapytacie kogoś o to co według niego jest lepsze w UK niż w Polsce, najczęściej wymieni socjal? Nie wiem, jakie są Wasze doświadczenia, ale z mojego wynika, że większość nie zauważa stabilnego państwa, systemu prawa, większej wolności gospodarczej.
Pomoc od państwa, Panie, jak tam mieszkasz to ci się należy! Nie to co u nas!

*) Próbuję pokazać mechanizm działania. W rzeczywistości grup klientów Working Tax’u jest znacznie więcej. Jeśli jesteś zainteresowany dodatkowymi informacjami, kliknij tutaj.