Archiwa tagu: zwyczaje

Małe, a cieszy cz. 2

Udostępnij

Wiadomo, Święta się ostatnio zaczynają w listopadzie, więc pochwale się kilkoma „słit fociami” :] ze świątecznych wodotrysków 🙂

W jednej z tutejszych galerii handlowych wiszą takie wielkie bombki

.

W pewnym momencie zaczyna grać ładna miła muzyczka, bombale się otwierają…

A w środku podrygują w takt muzyki takie małe świąteczne kreaturki: uśmiecha się fioletowa wróżka, chrapią słodko misie polarne i chyba jakiś mikołaj macha ręką 🙂
Wszystkim w około robi się lepiej na duszy. Szczególnie dzieci to lubią. Bardziej od dzieci, lubią to oczywiście handlowcy, no ale oni to dlatego, że przekłada się to na szybkość puchnięcia portfela 🙂

Jak Wam się podoba pomysł świątecznego szaleństwa w listopadzie?

P.S. Miałem gdzieś filmiki na których było widać te kukiełki, ale nie mogę ich teraz znaleźć… buuuu…

Zobacz:
* Małe a cieszy – część 1

Tartan czyli szkocka krata

Udostępnij

Przykłady szkockiego tartanu. Źródło: Wikipedia.

Tartan klanowy, który często nazywamy szkocką kratą, jest wełnianą tkaniną o charakterystycznym wzorze: zwykle symetrycznej kracie stworzonej za pomocą pasów o różnej szerokości i barwie.

Dziś opowiem Wam o jednym z najważniejszych elementów szkockiej kultury. Opowieść ta będzie podróżą w czasie: będziemy obserwować niesamowite zjawisko ewoluujące od czasów prehistorycznych po współczesność.
Myślę, że tartan dla Szkotów znaczy coś więcej niż tylko materiał. To symbol ich przynależności oraz element trwale integrujący świadomość zbiorową.
Zaczynajmy 🙂

Co znaczyło słowo tartan? Zależy kiedy 🙂 Znaczenie zmieniało się przez stulecia i pierwotnie referowało do stroju, który nosił góral. Dopiero w czasach późniejszych zaczęło być powiązane z wzorem, miejscem pochodzenia czy też pokrewieństwem. Samo słowo tartan prawdopodobnie pochodzi od francuskiego słowa tiretaine lub tertaine, które opisują grubą mieszankę lnu i wełny znaną jako linsey-woolsey.
Przyznać muszę, że ta teoria nie znajduje powszechnej akceptacji (no bo jakże to, szkocki tartan od Francuzów? 😉 ).
Niektórzy wywodzą te słowo z języka Gaelic (choć nie jest to wsparte przez źródła): tuar (kolor), tan (obszar). Ta koncepcja wspiera się na teorii, że regiony miały indywidualne tartany, zanim klany szkockie opracowały własne.

Pewne stare źródło zwane Senchus Mor, opisujące system prawny starożytnych Celtów, sugeruje co mogłoby być pierwotnym celem tartanu. Informuje ono, że Celtowie używali pasków do oznaczenia rangi, dla przykładu: 7 pasków przeznaczone było dla króla, 6 dla druida i odpowiednio mniej dla każdego, kto stał niżej w hierarchii. Kolor pasków również był nie bez znaczenia… i to prawdopodobnie zainspirowało do stworzenia tkaniny jaką dziś znamy pod nazwą tartanu.

Góralka, w tradycyjnym kobiecym stroju zwanym arisaid. Na zdjęciu tartan Sinclair.

Jedno jest pewne: ten charakterystyczny splot, krata utworzona z krzyżujących się pasów przebiegających w takim samym porządku zarówno wzdłuż osnowy jak i wątku, obecna była, od czasów prehistorycznych w wielu kulturach. Przetrwała w takiej formie tylko w Szkocji – dzięki odizolowaniu obszaru Highlandów i powiązaniu jej z poczuciem przynależności.

Pierwszy zachowany egzemplarz tartanu znany jest jako wzór z Falkirk (ang. Falkirk sett) i pochodzi z… III wieku naszej ery! Ten brązowy tartan został zachowany niejako przypadkiem. Został potraktowany jako gałganek, szmatka do zatkania glinianego dzbanka… pełnego srebrnych monet 🙂

Bitwa pod Culloden rozegrana w 1746 roku. Powstańcy jakobiccy mają na sobie różne rodzaje tartanów.

Tartan klanowy dziś, kojarzy nam się z barwną tkaniną. Początkowo jednak kolory były bardzo skromne: używano różnych odcieni brązu, bieli i zieleni. Dopiero później produkującym je ludziom udało się wprowadzić bardziej skomplikowane barwniki. Tartany do XVIII wieku nie miały określonych wzorów, a na ich odmienność wpływała lokalna dostępność barwników (a więc tylko na karb bujnej wyobraźni twórców, położyć można scenę z filmu „Waleczne Serce”, gdzie William Wallace biega po górach z tartanem klanowym swojej wybranki). Tkany był przez kobiety w na domowych krosnach, a jego jakość zaskakiwała podróżników i mocno kontrastowała z trudną sytuacją ludności (gdzie wielu żyło na granicy ubóstwa).

Strój który prawdopodobnie należał do Sir Johna Hynde Cottona, który był prominentnym angielskim jakobitą i członkiem parlamentu. Strój ten kupił prawdopodobnie w czasie swojej wizyty w Edynburgu w 1744 roku.

Tartan noszony był na kilka sposobów: jako pled przerzucony przez lewe ramię (dlaczego przez lewe? no bo w prawej trzymano broń i nic nie mogło krępować jej ruchów), spodnie lub kilt (o kiltach opowiem innym razem).

Z czasem wzorów tartanów było coraz więcej, szkockie kraty stawały się coraz bardziej kolorowe, zwiększała się również ilość ich zastosowań. Pojawiły się tartany klanów, jedne rodzaje krat stosowano na codzień, inne tylko od święta. Stworzono specjalne tartany wojenne, tartany regionalne i wreszcie tarany kobiece.

Tartan został zromantyzowany i zapisał się na stałe w szkockiej kulturze jako element identyfikacji narodowej w trakcie dwóch powstań jakobickich (o tym co zrobiono z niektórymi powstańcami przeczytacie tutaj).

Black Watch tartan.

Niestety dla Szkotów były to powstania przegrane. Zostali oni zmasakrowani w bitwie pod Culloden w wyniku, której upadło ostatnie powstanie jakobickie. Rozpoczął się czarny okres w historii Szkocji. Dowódca Anglików Cumberland zasłużył sobie na przydomek „rzeźnika Szkotów” wymordowaniem jeńców i rannych wziętych pod Culloden (ogółem pojmano 3470 Szkotów, z tego: 120 stracono w wyniku tortur, 88 zmarło w więzieniach, 936 deportowano do kolonii, wygnano 222). Anglicy zajmowali majątki, niszczyli wsie, zabijali ich mieszkańców.
Brutalne represje zostały usankcjonowane aktem parlamentu z 1746: zakazano używania języka gaelickiego, posiadania broni, zlikwidowano system klanowy, zakazano gry na dudach, używania tartanu oraz noszenia kiltu.
Konsekwencje łamania postanowień aktu były bardzo surowe: np. za założenie kiltu groziło 6 miesięcy aresztu. Jeśli złapano kogoś ponownie w kilcie zsyłano go do koloni na okres siedmiu lat!
Jednym wyjątkiem od tej ustawy był pułk Black Watch, któremu pozwolono zachować tartan i tradycyjne umundurowanie. Drakońskie prawo wygasło w roku 1782.

Tartanowe wdzianko z epoki, prawda, że wdzięczne?

Renesans tartanu wydaje się być zasługą szkockiego pisarza Waltera Scotta (oraz organizacji takich jak Highland Society of London), który wypromował bardzo romantyczną wizję Highlandów. Zainteresowanie tartanami było ogromne.
Niestety po latach prześladowania szkockiej kultury… nie bardzo było wiadomo jak te tartany powinny wyglądać. Oczywiście, niektóre wzory przetrwały (w postaci skrawków materiału lub zachowane na obrazach), ale wielka ich liczba nie. Oczywiście, nikt się do tego głośno nie przyznaje, ale wydaje się, że spora część wzorów taranów została… wymyślona w tym czasie na nowo 🙂

Fragment tartanu z kiltu ślicznego Księcia Karolka, który prawdopodobnie miał na sobie w trakcie ucieczki z bitwy pod Culloden.

Jako smaczek dodam, że w XIX wieku w Paryżu pojawili się bracia John i Charles Hay Allen podający się za wnuków ostatniego ze Stuartów – Księcia Karola. Niestety, zamiast zweryfikować tożsamość oszustów, zaproszono ich do Edynburga, gdzie wkrótce zmienili nazwisko na Sobieski-Stuart (no tak, tak Książę Karol to prawnuk naszego króla Jana III Sobieskiego). Sama historia byłaby nielada ciekawostką, ale Panowie postanowili iść na całość: opublikowali książkę „Vestarium Scoticum” w której, jak twierdzili zawarli ponad 70 tartanów… sprzed 300 lat 🙂
Dodam, że ok. 30 tartanów tam opisanych… jest w użyciu do dziś 😀

Dwie próbki tartanu, co do których istnieje domniemanie, że pochodzą z kiltu Księcia Karola Edwarda, zwanego śliczny Książę Karolek, prawnuka Jana III Sobieskiego.

Instytucją współcześnie odpowiedzialną za heroldie w Szkocji jest Trybunał Lorda Lwa (ang. The Court of Lord Lyon), urząd ten zajmuje się rejestracją nowych herbów, godeł, tartanów i flag, przestrzeganiem prawidłowego używania i przedstawiania istniejących oraz nadzorowaniem uroczystości oficjalnych.
Istnieją również organizacje (takie jak: Światowy Rejestr Szkockich Tartanów lub oficjalny Rejestr Tartanów), które zajmują się rejestrowaniem nowych wzorów.

Tartany są wszędzie: są obecne na renomowanych wybiegach, używane są na codzień przez ludzi na całym świecie (dodam, że i sam Autor od czasów podstawówki chodzi w koszulach w szkocką kratę 😉 ), swoje tartany mają regiony, oddziały wojskowe, klany, a nawet firmy 🙂

Polski tartan.

Dzisiejszą opowieść chciałbym zakończyć bardzo miłym dla nas, Polaków akcentem. Z uwagi na historyczne związki pomiędzy naszymi narodami, Szkoci w darze dla narodu polskiego, stworzyli polski tartan. Tartan ten przeznaczony jest dla użytku dla Polaków z całego świata. Został on zarejestrowany pod numerem 3156 i został zatwierdzony przez polskiego konsula generalnego.
Jak Wam się podoba ten niezwykły i bardzo ciepły prezent? 🙂

Burns Night czyli nieoficjalne szkockie święto narodowe.

Udostępnij

Pomnik piewcy życia wieśniaczego w centrum miasta.

Coś mi się ostatnio zwiększyła częstotliwość publikacji 😉 Nie bójcie się, dziś nie będę Was zanudzał długachnymi postami. Chciałbym krótko wspomnieć o ważnym dla Szkotów (szczególnie dla szkockich emigrantów) święcie: Burns Night, obchodzonym 25 stycznia.

Robert Burns z profilu. Zwróćcie uwagę na romantyczną stokrotkę trzymaną w lewej dłoni.

Sylwetkę Roberta Burnsa i obchody jego nocy opisałem równo rok temu w notce zatytułowanej: Żywot człowieka poczciwego w wersji Gaelic czyli Burns Night. Zajrzyjcie, bo warto.
Więcej o tym wydarzeniu napiszę, jak mnie kiedyś jacyś Szkoci na obchody zaproszą 😉

Aaa i jeszcze… Robert Burns znalazł się na szkockich banknotach, ale o tym możecie przeczytać tutaj.

Kronikarski obowiązek wypełniłem. Tyle na dziś 🙂

Nuta szkocka

Udostępnij

Jakiś czas temu popełniłem krótką notkę o szkockiej muzyce dudziarskiej.
Merytorycznie napomniany przez Daerisa obiecałem, że napiszę dłuższego posta o szkockich dudach. O obietnicy… cały czas pamiętam 🙂

Dziś jednak wpadł mi w ręce, kawałek Scotland The Brave The Meeting Of The Waters – nagrany w niezłej jakości.

Serdecznie zapraszam do wysłuchania. Smacznego 🙂

A na deser taki klimatyczny filmik (z szkockimi górami i zamkami):

Kranówka na stole czyli jak chlor tworzy różnice międzykulturowe ;)

Udostępnij

Krótko po przyjeździe do Szkocji, zostałem zaproszony na lunch u pewnej szkockiej rodziny. Jeden z obecnych gości poprosił o wodę. Pani domu bez zastanowienia wstała, wzięła szklankę i napełniła ją… wodą z kranu.
Zdębiałem 🙂
Gość tymczasem podziękował pani domu uroczym uśmiechem i z zadowoleniem zaspokoił pragnienie.

Podanie w Polsce komukolwiek wody z kranu byłoby grubym nietaktem. Ten zwyczaj pozostał nam chyba po PRLu. Kranowa woda miała kiepski smak (wciaż jest mocno chlorowana!), zdarzały się zanieczyszczenia bakteriologiczne…
Tutaj, Szkoci piją wodę prosto z kranu. Wszędzie i zawsze. Zdarzyło mi się dostać kilkukrotnie kranówkę w restauracji 😉
Szkocka woda kranowa ma ma niezłe walory smakowe 🙂 Szczególnie ta z aberdyńskiego kranu (poważnie – jest bardzo miękka).

Czy mogę poprosić o szklankę wody?

Lubicie dźwięk kobzy?

Udostępnij

No cóż, pewnie nie 🙂 Zakochać się w nim można dopiero, kiedy gra kilkanaście kobz na raz.
Szczególnie, jeśli znajdują się rękach specjalistów z zespołu wojskowego The Gordon Highlanders.
O jednostce i jej związkach z Aberdeen opowiem innym razem – dziś zaproponuję tylko obejrzenie i wysłuchanie widowisk w wykonaniu rzeczonego zespołu.

Wersja formalna połączona z prezentacją tańców szkockich:

Show na ulicy:

A na deser… moja ulubiona melodia w wykonaniu 700 (słownie: siedmiuset kobziarzy) w Calgary z 2006 roku:

Smacznego 🙂

Aktywny wypoczynek.

Udostępnij

Warszawa, końcówka lat 90-tych. Każdego ranka obserwowałem rytuał wyprowadzanie psa:
Ulicą jedzie powolutku czarny mercedes. Dojeżdża do skrzyżowania i skręca w ulicę Poczty Gdańskiej. Auto zatrzymuję się na chwilę, otwierają się drzwi. Wyskakuje duży pies. Mercedes powolutku jedzie dalej. Pies biegnie po chodniku, obsikuje parkany, obwąchuje krzaki. Dobiega do końca ulicy, zatrzymuje się i czeka aż podjedzie do niego właściciel. Czeka cierpliwie, aż otworzą się drzwi – wskakuje wtedy do środka i po chwili pojazd znika za rogiem.

Aberdeen, obecnie. Regularnie obserwuję ludzi preferujących specyficzny rodzaj odpoczynku na plaży.
Piękna pogoda, niebieskie niebo, mocne słońce. Odrobinkę wietrznie. Na Esplanade, nadmorskiej promenadzie stoi rząd aut. W większości z nich siedzą ludzie. Podziwiają piękne niebo. Patrzą na szaro-niebieskie morze. Niektórzy nawet otworzyli okna! Palą papierosy, wdychając głęboko morskie powietrze. O! Jedna z kobiet postanowiła zarejestrować ten piękny dzień na kamerze. Filmuje, wystawiając rękę przez otwarte okno. Po chwili jednak rezygnuje – zamyka okno i dalej kręci już zza szyby.
Łysy Szkot w sile wieku kończy spacer. Zdecydowanym ruchem gasi papierosa, zamyka okno i odjeżdża.

Tak jak w Warszawie, byli ludzie, którzy wyprowadzali swoje psy na spacer w sposób bardziej tradycyjny, tak i w Aberdeen wielu Szkotów spędza swój wolny czas na plaży, zdecydowanie bardziej aktywnie.
Jednakże, te dwa obrazki, mają wiele wspólnego. W mojej pamięci są bezpośrednio powiązane. Przypominając sobie jeden – widzę drugi. Co to jest? Znak naszych czasów? Nowa choroba cywilizacyjna? Pragmatyzm, oszczędność czasu czy może skrajne lenistwo?

Żywot człowieka poczciwego w wersji Gaelic czyli Burns Night

Udostępnij

Robert Burns. Źródło: Wikipedia.

Robert Burns to szkocki odpowiednik naszego rodzimego piewcy życia wieśniaczego. Sławił on: grzebanie w ziemi, hodowanie buraków i innych kwiatków, gryzące komary, śpiewające ptaszki o 4 nad ranem oraz wiosenne słonko, które sprawia, że oraczom pot zalewa oczy.
W dodatku jak to z miłośnikami sielanek wiejskich bywa, był niepoprawnym romantykiem (prekursor romantyzmu). I to i jakim! Praktykującym (zgodnie z zasadą: „amor vincit omnia”). Idąc jego śladem odnajdziemy nieślubne dzieci, złamane serca i liczne wiersze sprawiające, że trup niewieści kładł się gęsto. I to wszystko w XVIII wieku!

Jego życiowe doświadczenia i dorobek (nie chodzi mi o ten miłosny 😉 ) budzą mój szacunek. Od dzieciństwa ciężko pracował na roli, jednocześnie gruntownie się edukując (zasługa mądrego ojca). Jestem w stanie to sobie wyobrazić: najpierw 10 godzin fizycznej, odmóżdżającej roboty, później jeszcze kilka intensywnej nauki. A po osiągnięciu dojrzałości umiejętność dostrzeżenia w tym piękna. Hmmm… to dowodzi, że jak większość poetów romantycznych był przynajmniej lekkim sadomasochistą 😉

Barwna postać. Rolnik, pożeracz serc niewieścich, poeta, antyklerykał, mason.
Gdy zawirowania życiowe rzuciły go do Edynburga w bardzo szybkim czasie zdobył niesłychaną popularność, stając się symbolem narodowym Szkocji.
Bez wątpienia poeta o ogromnym dorobku (niestety moja indolencja językowa nie pozwala mi się z nim zapoznać), posiadający duże zasługi dla ocalenia kultury szkockiej (np. zebrał i opracował wiele pieśni ludowych, tworzył również w lokalnym dialekcie szkockim). W pełni zasłużył sobie na miano Poety oraczy, Ulubionego syna Szkocji, barda Ayrshire.

Czas wyjaśnić, dlaczego postanowiłem poświęcić mu ten wpis 🙂
Dziś jest jego wieczór – Burns Night.

Jak już wcześniej pisałem Burns jest symbolem narodowym (szczególnie dla szkockiej diaspory), a jego dzień jest bardziej celebrowany niż dzień Św. Andrzeja!

Stoisko w Tesco. Tradycja, tradycją - biznes, biznesem 😉

Właśnie dzisiaj Szkoci w wielu miejscach na świecie zbierają się, słuchają jego poezji, jedząc, przy dźwięku dud, uroczysty obiad. Głównym daniem jest oczywiście haggis z tłuczonymi ziemniakami 🙂
To wszystko jest zalewane dużą ilością whisky, wypijanej przy okazji licznych mów i toastów.
Tradycja wieczorów burnsowskich sięga korzeniami XVIII wieku. Pielęgnują ją zarówno organizacje masońskie jak i setki zwykłych Szkotów.
Przyznam, że nie udało mi się znaleźć, publicznie dostępnego wieczorku Burnsa – być może te święto jest obchodzone w bardziej zamkniętych grupach.

Gazeta jak gazeta...

Małe, a cieszy…

Udostępnij

Wiecie co jest fajnego w mieszkaniu z ludźmi innych kultur? Można codziennie odkrywać drobne różnice, czasem zabawne, czasem po prostu interesujące. Nie mówiąc już o odkrywaniu zalet kuchni…
Moje ostatnie odkrycie? Kolorowy magazyn. W pierwszej chwili nie potrafiłem zorientować się gdzie jest przód, gdzie tył i czy aby na pewno nie trzymam go do góry nogami 🙂
Poniżej zdjęcia które wiele Wam wyjaśnią.

Magazyn jak magazyn... dla porównania w zestawieniu z polską gazetą.
A kuku! Chińskie gazety czyta się od tyłu!