Jadę do Tesco. Po drodze, mam bliskie spotkanie z fokami (nie pierwsze zresztą).
Wracając obładowany siatami, pod teatrem wpadam w azjatyckie klimaty:
Rano foki, po południu smok. I za to naprawdę lubię Aberdeen
Jadę do Tesco. Po drodze, mam bliskie spotkanie z fokami (nie pierwsze zresztą).
Wracając obładowany siatami, pod teatrem wpadam w azjatyckie klimaty:
Rano foki, po południu smok. I za to naprawdę lubię Aberdeen
Jakiś czas temu popełniłem krótką notkę o szkockiej muzyce dudziarskiej.
Merytorycznie napomniany przez Daerisa obiecałem, że napiszę dłuższego posta o szkockich dudach. O obietnicy… cały czas pamiętam
Dziś jednak wpadł mi w ręce, kawałek Scotland The Brave The Meeting Of The Waters – nagrany w niezłej jakości.
Serdecznie zapraszam do wysłuchania. Smacznego
A na deser taki klimatyczny filmik (z szkockimi górami i zamkami):
Krótko po przyjeździe do Szkocji, zostałem zaproszony na lunch u pewnej szkockiej rodziny. Jeden z obecnych gości poprosił o wodę. Pani domu bez zastanowienia wstała, wzięła szklankę i napełniła ją… wodą z kranu.
Zdębiałem
Gość tymczasem podziękował pani domu uroczym uśmiechem i z zadowoleniem zaspokoił pragnienie.
Podanie w Polsce komukolwiek wody z kranu byłoby grubym nietaktem. Ten zwyczaj pozostał nam chyba po PRLu. Kranowa woda miała kiepski smak (wciaż jest mocno chlorowana!), zdarzały się zanieczyszczenia bakteriologiczne…
Tutaj, Szkoci piją wodę prosto z kranu. Wszędzie i zawsze. Zdarzyło mi się dostać kilkukrotnie kranówkę w restauracji
Szkocka woda kranowa ma ma niezłe walory smakowe
Szczególnie ta z aberdyńskiego kranu (poważnie – jest bardzo miękka).
Czy mogę poprosić o szklankę wody?
No cóż, pewnie nie
Zakochać się w nim można dopiero, kiedy gra kilkanaście kobz na raz.
Szczególnie, jeśli znajdują się rękach specjalistów z zespołu wojskowego The Gordon Highlanders.
O jednostce i jej związkach z Aberdeen opowiem innym razem – dziś zaproponuję tylko obejrzenie i wysłuchanie widowisk w wykonaniu rzeczonego zespołu.
Wersja formalna połączona z prezentacją tańców szkockich:
Show na ulicy:
A na deser… moja ulubiona melodia w wykonaniu 700 (słownie: siedmiuset kobziarzy) w Calgary z 2006 roku:
Smacznego
Warszawa, końcówka lat 90-tych. Każdego ranka obserwowałem rytuał wyprowadzanie psa:
Ulicą jedzie powolutku czarny mercedes. Dojeżdża do skrzyżowania i skręca w ulicę Poczty Gdańskiej. Auto zatrzymuję się na chwilę, otwierają się drzwi. Wyskakuje duży pies. Mercedes powolutku jedzie dalej. Pies biegnie po chodniku, obsikuje parkany, obwąchuje krzaki. Dobiega do końca ulicy, zatrzymuje się i czeka aż podjedzie do niego właściciel. Czeka cierpliwie, aż otworzą się drzwi – wskakuje wtedy do środka i po chwili pojazd znika za rogiem.
Aberdeen, obecnie. Regularnie obserwuję ludzi preferujących specyficzny rodzaj odpoczynku na plaży.
Piękna pogoda, niebieskie niebo, mocne słońce. Odrobinkę wietrznie. Na Esplanade, nadmorskiej promenadzie stoi rząd aut. W większości z nich siedzą ludzie. Podziwiają piękne niebo. Patrzą na szaro-niebieskie morze. Niektórzy nawet otworzyli okna! Palą papierosy, wdychając głęboko morskie powietrze. O! Jedna z kobiet postanowiła zarejestrować ten piękny dzień na kamerze. Filmuje, wystawiając rękę przez otwarte okno. Po chwili jednak rezygnuje – zamyka okno i dalej kręci już zza szyby.
Łysy Szkot w sile wieku kończy spacer. Zdecydowanym ruchem gasi papierosa, zamyka okno i odjeżdża.
Tak jak w Warszawie, byli ludzie, którzy wyprowadzali swoje psy na spacer w sposób bardziej tradycyjny, tak i w Aberdeen wielu Szkotów spędza swój wolny czas na plaży, zdecydowanie bardziej aktywnie.
Jednakże, te dwa obrazki, mają wiele wspólnego. W mojej pamięci są bezpośrednio powiązane. Przypominając sobie jeden – widzę drugi. Co to jest? Znak naszych czasów? Nowa choroba cywilizacyjna? Pragmatyzm, oszczędność czasu czy może skrajne lenistwo?
Robert Burns to szkocki odpowiednik naszego rodzimego piewcy życia wieśniaczego. Sławił on: grzebanie w ziemi, hodowanie buraków i innych kwiatków, gryzące komary, śpiewające ptaszki o 4 nad ranem oraz wiosenne słonko, które sprawia, że oraczom pot zalewa oczy.
W dodatku jak to z miłośnikami sielanek wiejskich bywa, był niepoprawnym romantykiem (prekursor romantyzmu). I to i jakim! Praktykującym (zgodnie z zasadą: „amor vincit omnia”). Idąc jego śladem odnajdziemy nieślubne dzieci, złamane serca i liczne wiersze sprawiające, że trup niewieści kładł się gęsto. I to wszystko w XVIII wieku!
Jego życiowe doświadczenia i dorobek (nie chodzi mi o ten miłosny
) budzą mój szacunek. Od dzieciństwa ciężko pracował na roli, jednocześnie gruntownie się edukując (zasługa mądrego ojca). Jestem w stanie to sobie wyobrazić: najpierw 10 godzin fizycznej, odmóżdżającej roboty, później jeszcze kilka intensywnej nauki. A po osiągnięciu dojrzałości umiejętność dostrzeżenia w tym piękna. Hmmm… to dowodzi, że jak większość poetów romantycznych był przynajmniej lekkim sadomasochistą
Barwna postać. Rolnik, pożeracz serc niewieścich, poeta, antyklerykał, mason.
Gdy zawirowania życiowe rzuciły go do Edynburga w bardzo szybkim czasie zdobył niesłychaną popularność, stając się symbolem narodowym Szkocji.
Bez wątpienia poeta o ogromnym dorobku (niestety moja indolencja językowa nie pozwala mi się z nim zapoznać), posiadający duże zasługi dla ocalenia kultury szkockiej (np. zebrał i opracował wiele pieśni ludowych, tworzył również w lokalnym dialekcie szkockim). W pełni zasłużył sobie na miano Poety oraczy, Ulubionego syna Szkocji, barda Ayrshire.
Czas wyjaśnić, dlaczego postanowiłem poświęcić mu ten wpis ![]()
Dziś jest jego wieczór – Burns Night.
Jak już wcześniej pisałem Burns jest symbolem narodowym (szczególnie dla szkockiej diaspory), a jego dzień jest bardziej celebrowany niż dzień Św. Andrzeja!
Właśnie dzisiaj Szkoci w wielu miejscach na świecie zbierają się, słuchają jego poezji, jedząc, przy dźwięku dud, uroczysty obiad. Głównym daniem jest oczywiście haggis z tłuczonymi ziemniakami ![]()
To wszystko jest zalewane dużą ilością whisky, wypijanej przy okazji licznych mów i toastów.
Tradycja wieczorów burnsowskich sięga korzeniami XVIII wieku. Pielęgnują ją zarówno organizacje masońskie jak i setki zwykłych Szkotów.
Przyznam, że nie udało mi się znaleźć, publicznie dostępnego wieczorku Burnsa – być może te święto jest obchodzone w bardziej zamkniętych grupach.
Wiecie co jest fajnego w mieszkaniu z ludźmi innych kultur? Można codziennie odkrywać drobne różnice, czasem zabawne, czasem po prostu interesujące. Nie mówiąc już o odkrywaniu zalet kuchni…
Moje ostatnie odkrycie? Kolorowy magazyn. W pierwszej chwili nie potrafiłem zorientować się gdzie jest przód, gdzie tył i czy aby na pewno nie trzymam go do góry nogami ![]()
Poniżej zdjęcia które wiele Wam wyjaśnią.
Śpiewy na ulicach, podchmielone tłumy, oglądanie pokazu sztucznych ogni podczas zadymki śnieżnej, generalnie brak jakiejś specjalnej atmosfery – to wszystko lokuje się w pobliżu typowej imprezy pod chmurką w Polsce.
Jedyną rzeczą która zdecydowanie pobiła wszystkie Sylwestry jakie spędziłem np. w moim rodzinnym mieście to rozświetlony tysiącem reflektorów port. I uruchomione, dokładnie o godzinie zero syreny wszystkich statków stojących na kotwicy. Nigdy czegoś takiego u siebie nie przeżyłem. Pewnie dlatego, że ja z gór jestem i portu u nas nie uświadczysz
Wyprzedaż! Sales! Sales! Wielkie napisy atakują z każdej strony. Moi sąsiedzi zniknęli wczesnym rankiem. Choć nie jest to dla nich naturalna pora funkcjonowania. Wiadomo – czym wcześniej zaczniesz polowanie tym większa szansa, że złapiesz coś przed innymi.
Poszedłem się rozejrzeć o godzinie o której sales-weterani wracali do domów
Pomimo tego w sklepach były tłumy ludzi. Tłum oznacza, że masz problem z wejściem do sklepu, nie mówiąc już o wyjściu. I kolejki są jak w PRLu po mięso
Pooglądałem, poprzymierzałem i jak to zwykle bywa nic nie kupiłem. Jestem wybitnym antytalentem zakupowym: nie przepadam za spędzaniem czasu w sklepach i jestem wybredny
Inna sprawa, że w Aberdeen nie ma specjalnie dużego wyboru. Nawet nowo wybudowane centrum handlowe Union Square niewiele poprawiło sytuacje. Sklepy są dość ubogie (jak dla mnie) w asortyment. Osobiście najczęściej mam problem ze znalezieniem czegoś w odpowiednim rozmiarze i o akceptowalnym design’nie.
Tłumy nabywców, kolejki, biznes się kręci… Ciekawe ile z rzeczy zakupionych w trakcie tego szału wróci do sprzedawców po kilku dniach? Tutaj to bardzo częste, np.: nierzadko prezenty wręcza się z rachunkami, aby osoba obdarowana mogła bez przeszkód zwrócić prezent i odzyskać pieniądze. Zdarza się również, że ludzie kupują elegancki komplet na jeden wieczór, po czym następnego ranka oddają go do sklepu. Tak sobie myślę, że sprzedawcy mogą być pewni swego utargu dopiero jakiś tydzień po Świętach
Brytyjczycy mają hopla na punkcie kartek świątecznych. Nawet moja… hmm… oszczędna firma sprężyła się i chyba każdy z pracowników dostał maleńką karteczkę świąteczną. To to taka różnica kulturowa: w Polsce czasem dają bony na święta, tutaj karteczki z życzeniami ![]()
Generalnie, kartki są wszędzie, w każdych rozmiarach, kształtach i kolorach. Są takie klasyczne: z choinkami, bombkami, światełkami i takie takie troszkę rzadziej spotykane też (np. z pijanym Mikołajem). Biznes kartkowy jest naprawdę bardzo intratny, tym bardziej że ceny niektórych kartek potrafią dojść do kilku funtów za sztukę ![]()
Zapytałem swoją szkocką znajomą, co robi z tymi wszystkimi kartkami. Powiedziała mi, że ustawia sobie na jakiejś komodzie i ilekroć na nie spojrzy to jej się przyjemnie robi. Ponieważ za choinką nie przepadam, a w Świętego Mikołaja już nie wierzę, podarowałem jej ładną kartkę z rudzikiem (taki ptaszek). Niech się kobiecie, chociaż na święta przyjemnie z mojego powodu zrobi